Idąc w stronę ciężkich dębowych drzwi, poczułem zmianę w powietrzu. Głowy się odwróciły. Rozmowy ucichły w pół zdania. Mosiężne guziki mojej tuniki odbiły światło, migocząc jak maleńkie latarnie morskie.
Wszedłem do sanktuarium. Przyciszony pomruk tłumu natychmiast ucichł. Zapadła pustka dźwięków. Zobaczyłem zmieszane miny na twarzach gości klubu golfowego, szeptane pytania. Ale potem stało się coś, czego nikt nie przećwiczył.
Po lewej stronie, blisko trzeciego rzędu, mężczyzna w ciemnym garniturze nagle wstał, a jego krzesło głośno zaskrzypiało o kamienną podłogę. Miał po sześćdziesiątce, a jego postawa nagle się zesztywniała.
Po drugiej stronie przejścia wstała młodsza kobieta.
Potem kolejny. I kolejny.
Dwudziestu marines, goście z różnych gałęzi drzewa genealogicznego i lokalna społeczność — ludzie T