Owen najpierw wezwał karetkę przez radio, ponieważ oddech dziecka wydawał się płytki, a jego maleńka klatka piersiowa unosiła się i opadała, jakby każdy oddech wymagał wysiłku. Następnie zadał Juni pytanie, które wydawało się jednocześnie konieczne i niemożliwe.
„Czy mogę potrzymać Rowana na chwilę, żebym mógł mu pomóc?”
Zawahała się, bo od kilku dni była jedyną osobą, która go trzymała, a puszczenie go prawdopodobnie przypominało skok z klifu. W końcu jednak, z ostrożną powagą kogoś, kto przekazuje coś bezcennego, położyła dziecko w ramionach Owena.
Rowan ważył prawie tyle, co nic.
Ta świadomość uderzyła Owena tak mocno, że serce mu zamarło. Nawet bez wagi widział, że to wszystko dalekie od normy, i trzymając dziecko mocno przy piersi, zmusił się do spokojnego mówienia.
„Zostań tutaj, dobrze? Ratownicy medyczni już jadą, zajmiemy się nim”.
``` Potem poszedł korytarzem, otworzył ostatnie drzwi i zobaczył kobietę leżącą na łóżku, w pełni ubraną, z butami na nogach, włosami rozczochranymi na poduszce, z twarzą naznaczoną głębokimi cieniami wyczerpania, jakby sen był jedynym miejscem, w którym mogła zapaść, nie czekając na kazanie wstawania.
Dotknął jej ramienia i przemówił stanowczo.
„Proszę pani. Musi się pani obudzić”.
Otworzyła oczy ze zdziwieniem, ale kiedy zobaczyła mundur, zdziwienie natychmiast przerodziło się w strach. Usiadła zbyt szybko i zamrugała gwałtownie, jakby pokój nie mógł się zatrzymać.
„Co… co się stało?” – wydyszała. „Gdzie jest Juni? Gdzie moje dziecko?”
„Zabierają go do szpitala” – powiedział Owen, obserwując, jak zmienia się jej wyraz twarzy, gdy docierają do niej słowa – „i my też tam jedziemy”.
Szpital, w którym nie było cicho
Czytaj więcej na następnej stronie
Aby uzyskać pełny dostęp, kliknij Öppna-knappen (>), a także zobacz DELA z postem na Facebooku.