I może nigdy nie będę.
Siedziałam w małym pokoju na komisariacie policji w Greenville. Jedna ściana była zrobiona ze szkła – szkła weneckiego, jak wyjaśniła detektyw Price. Widziałam pokój przesłuchań. Rachel mnie nie widziała.
Siedziała przy metalowym stole, z rękami skutymi przed sobą. Wyglądała na małą i kruchą, jak dziecko.
Price siedziała naprzeciwko mnie w pokoju obserwacyjnym, a między nami na stole leżał dyktafon.
„Jesteś gotowa?” – zapytała cicho.
Nie byłam. Ale i tak skinęłam głową.
Nacisnęła przycisk odtwarzania.
Szum. Krzesło przesuwające się po powierzchni.
Wtedy rozległ się głos Rachel – cienki, głuchy, zrezygnowany.
„Nazywam się Rachel Anne Morrison. Mam 36 lat i próbowałam zamordować matkę”.
Zacisnęłam dłonie w pięści na kolanach. „Mam dług w wysokości 95 000 dolarów: 45 000 dolarów długu na karcie kredytowej, 30 000 dolarów z nieudanej transakcji nieruchomości i 20 000 dolarów kredytów osobistych. Wielokrotnie prosiłam mamę o pomoc. Odmawiała. Mówiła, że muszę sama sobie z tym poradzić. Że muszę nauczyć się odpowiedzialności”.
Pauza. Odetchnięcie.
„Byłam zła. Uważałam ją za egoistkę. Miała pieniądze – dom wakacyjny, oszczędności, ubezpieczenie na życie – i nie chciała pomóc własnej córce”.
Zamknęłam oczy; łzy piekły mnie pod powiekami.
„Potem Marcus powiedział, że może wszystko naprawić. Ale potrzebowałam pieniędzy. Dużo pieniędzy. Obliczył je. Gdyby moja mama umarła, odziedziczyłabym 535 000 dolarów”.
„Dom z bali był wart 175 000 dolarów. Miała 210 000 dolarów oszczędności i 150 000 dolarów ubezpieczenia na życie”. „Powiedział, że to wszystko rozwiąże. Wszystkie moje problemy. Wszystkie nasze problemy”.
Ścisnęło mnie w żołądku.
„Powiedział… powiedział, że mama i tak była stara. Miała dobre życie. Zasłużyliśmy na to bardziej niż ona”.
Otworzyłam oczy, wpatrywałam się w szybę, w moją córkę po drugiej stronie – z pochyloną głową.
„Nie chciałam mu wierzyć, ale byłam zdesperowana. A on przedstawił to tak wiarygodnie”.
„W piątek wieczorem pojechaliśmy z Marcusem na zajezdnię autobusową w Greenville. Znał słabe punkty w systemie bezpieczeństwa. Znaleźliśmy autobus linii 47. Pokazał mi, gdzie jest przewód hamulcowy i jak muszę go przeciąć. Powiedział, że to musi wyglądać jak wypadek – problemy z hamulcami na górskiej drodze. Ludzie tam ciągle giną”.
Szloch uwiązł mi w gardle. „Marcus powiedział, żebym nie wyrzucała narzędzi w Greenville. Jest tam za dużo kamer monitoringu. Powiedział, żebym zabrała je ze sobą do autobusu, poczekała do wypadku, a potem zakopała w pobliżu domku, żeby nikt ich nie znalazł”.
Dlatego tak mocno trzymała torbę.
„Powiedział, żebym trzymała ją między nogami i nigdy jej nie traciła z oczu, ale byłam spragniona. Otworzyłam ją, żeby wziąć butelkę z wodą. Wtedy staruszka – Doris – zobaczyła rękawiczki. Nie sądziłam, że je dostanie. Nie sądziłam, że ktokolwiek je dostanie”.
„Ale dostała”.
„A kiedy kazała mamie wysiąść z autobusu, spanikowałam”. Głos Rachel się załamał. „Błagałam mamę, żeby została. Nie dlatego, że chciałam ją ratować, ale dlatego, że plan się nie powiedzie, jeśli wyskoczy”. „Dwadzieścia cztery osoby przeżyją, a ja wyląduję w więzieniu za nic”.
Przycisnęłam dłoń do ust, żeby zwalczyć mdłości.
„Myślałam, że mama już mnie nie kocha. Nie chciała pomagać mi z długami. Nie chciała dzielić ze mną domku. Marcus powiedział, że jest samolubna, że jej na mnie nie zależy”.
„Ale się myliłam”.
„Nie była samolubna. Chroniła mnie – przed długami, przed złymi decyzjami, przede mną samą”.
„A ja jej się za to odwdzięczyłam, próbując ją zabić”.
Cisza – długa i ciężka.
„Więc zasługuję na wszystko, co mnie spotyka. Ale mamo… jeśli słuchasz… bardzo mi przykro. Bardzo, bardzo mi przykro”.
Detektyw Price zatrzymała nagrywanie.
W pokoju panowała cisza, słychać było jedynie mój oddech – urywany, nieregularny.
„Pani Morrison” – zapytała cicho Price – „czy wszystko w porządku?”.
Pokręciłam głową.
„Czy mogę się z nią zobaczyć?”
„Nie dzisiaj” – powiedziała Price. „Ale wkrótce. Kiedy będziesz gotowa”.
„Nie wiem, czy kiedykolwiek będę gotowy”.
Price skinął głową. „To zrozumiałe”.
Stałem tam na drżących nogach. „Co teraz?”
„Pani córka zostanie formalnie oskarżona. Usiłowanie zabójstwa. Spisek. Prawdopodobnie dostanie od 15 do 20 lat więzienia”.
Piętnaście do dwudziestu lat.
Moja córka miałaby 56 lat, kiedy wyszłaby na wolność.
Jeśli by wyszła.
Wyszedłem z komisariatu, w stronę późnopopołudniowego słońca. Doris stała przy swoim samochodzie i czekała.
„Jak się masz?” zapytała.
Nie odpowiedziałem. Nie mogłem.
Wsiadłem do samochodu, zapiąłem pasy i patrzyłem prosto przed siebie.
Doris odpaliła silnik. Jechaliśmy dalej w milczeniu.
W końcu się odezwałem. „Wychowałem córkę”.