Skończyłam trzydzieści cztery lata w czwartek, dzień, który wydawał się mniej świętem, a bardziej wyrokiem. Zaproszenie, wysłane trzy tygodnie wcześniej, było rozbrajająco proste, niemal puste: „Kolacja zaczyna się o 18:00. Żadnych prezentów, tylko prezenty”. Ten ostatni wers pochłonął moje myśli bardziej niż cała poprzednia wiadomość. Żadnych prezentów, tylko prezenty. Trzymałam się rozpaczliwej nadziei, że pozbywając się wszelkich oczekiwań finansowych, wszelkich materialnych żądań, w końcu uda mi się ich namówić, by po prostu się pojawili. Nie prosiłam o błyszczące błyskotki, ani o rozpieszczające vouchery do spa, ani o salę pełną radości wypełnionej helem. Nie prosiłam nawet o przyjęcie. Prosiłam o ich czas. O 18:45, w przytłaczającej ciszy mojego pieczołowicie przygotowanego mieszkania, mrożąca krew w żyłach świadomość skrystalizowała się: nikt nie przyjdzie.
Zapaliłam ostatnią świeczkę, której maleńki płomyk niczym buntowniczy migot błyszczał na tle nadciągającego mroku, i cofnęłam się, by przyjrzeć się obrazowi. Ceramiczne talerze, nieskazitelnie białe ze smukłymi, niedoskonałymi złotymi brzegami – świadectwo ich ręcznego wykonania – należały do mojej zmarłej ciotki Marjorie. Odeszła rok wcześniej, zostawiając po sobie nie tylko ukochaną zastawę, ale także filozofię: wyjątkowe naczynia miały zdobić stoły, a nie marnieć w szafkach, nieustannie czekając na królewskie wezwanie. Zachowałam je na okazję o głębokim znaczeniu. Wierzyłam, że dzisiejszy wieczór będzie głęboki.