Zapach wilgoci i pleśni uderzył go, gdy ruszył dalej. Dom przypominał pustą skorupę — jakby życie zostało z niego wyrwane razem z meblami, ciepłem i wspomnieniami. W salonie nie było ani sofy, ani telewizora, ani starych zasłon, które kiedyś uszyła jego matka. Została tylko gruba warstwa kurzu, pajęczyny w kątach i kilka pustych pudeł.
— Mamo? — zawołał ponownie, a jego głos mimowolnie zadrżał.
W kuchni stał krzywy stół i jedna brudna szklanka. Serce biło mu tak głośno, że miał wrażenie, iż słyszy je cały dom.
W ostatnim pokoju ją zobaczył.
Linda siedziała przy oknie na starym, drewnianym krześle. Jej sukienka była wyblakła i połatana dziesiątkami niezdarnych kawałków materiału. Policzki miała zapadnięte, dłonie chude i drżące, a spojrzenie puste — jakby dawno przestała wierzyć, że ktoś jeszcze po nią przyjdzie.
— Mamo… — wyszeptał Kyle, opadając przed nią na kolana.
Powoli odwróciła głowę i przez dłuższą chwilę wpatrywała się w jego twarz.
— Kyle? — zapytała cicho.