Skinął głową, drobnym, sztywnym ruchem. Potem odwrócił się i odszedł, a ja go nie zatrzymywałem.
Wróciłem do pracowni. Zrobiłem sobie kawę. Usiadłem przy oknie i patrzyłem na miasto – nie z dwudziestego szóstego piętra, ale z wysokości, która idealnie mi odpowiadała.
Czasami musimy pozwolić, by rzeczy, które nigdy do nas nie należały, spłonęły, by zobaczyć, co pozostało w popiołach.
To, co ze mnie pozostało, było trwałe.
To, co ze mnie pozostało, było złote.