Nie musiałam nawet patrzeć na dowód, żeby wiedzieć, kto dzwoni. Odebrałam po drugim dzwonku.
„Martho, chodź po córkę” – syknął głos Beatrice. Nie był to głos zaniepokojonej teściowej. To był dźwięk kobry plującej jadem. „Miała «niezdarny upadek» i kompletnie zdemolowała Prezydencki Skrzydło. Zniszczyła swoim krwią mój perski dywan za 5000 dolarów”.
Gardło mi się ścisnęło, ogarnęła mnie zimna wściekłość, przy której zamieć na zewnątrz wyglądała jak letni wietrzyk. „Wszystko z nią w porządku? Czy dziecko…”
„Nie obchodzi mnie to dziecko, które nosi w bagażniku, Marto! Zależy mi na tapicerce!” – wściekła się Beatrice. „Julian już ją przeniósł. Wysadził ją na dworcu autobusowym Port Authority w mieście. Nie pozwolę, żeby policja ani karetka pełzały po moim podjeździe w taką pogodę. To wygląda skandalicznie. Jeśli nie pojawisz się za dwadzieścia minut, żeby zabrać swój „bałagan”, zimno dokończy to, co zaczęła jej niekompetencja. Nie dzwoń do nas więcej dziś wieczorem”.
Klik.
Połączenie się urwało.
Nie krzyczałam. Nie płakałam. Poruszałam się z kliniczną precyzją maszyny. Narzuciłam gruby płaszcz, wzięłam apteczkę i ruszyłam w stronę mojego SUV-a.
Dojazd na dworzec autobusowy powinien być niemożliwy. Drogi były pokryte gołoledzią, a widoczność bliska zeru. Ale przejechałam przez góry Kolumbii i boczne uliczki Moskwy pod ostrzałem. Zamieć w Nowej Anglii to nic.
Ja