Rozdział 1: Niewidzialny duch teraźniejszości
Architektura mojego zniewolenia nie powstała z dnia na dzień. Została zbudowana cegła po cegle, zaprawiona uśmiechami i pasywno-agresywnymi założeniami. Ale moment, w którym to wszystko runęło, był zadziwiająco cichy.
Stałem w zacienionym przedpokoju podmiejskiego domu mojego syna, a ciężka płócienna torba na zakupy wrzynała mi się w lewy nadgarstek. W prawej dłoni delikatnie ściskałem błyszczący kawałek papieru – rachunek z cateringu. Wszedłem bocznymi drzwiami, tak jak robiłem to już tysiące razy wcześniej. Nie pukałem. Nie chciałem zakłócać ich sobotniego popołudnia. Naprawdę myślałem, że jestem pomocnym, niewidzialnym narzędziem, które napędza ich zapracowaną maszynerię.
Wtedy ich głosy dobiegły z rozległej kuchni z marmurową wyspą.