Rytmiczny, kliniczny puls monitora płodu był jedyną rzeczą, która trzymała mnie przy rzeczywistości. Bip. Bip. Bip. Każdy dźwięk brzmiał jak młot uderzający w kruche szkło mojego opanowania. Obok mnie Daniel trzymał mnie za rękę w uścisku, który mówił o tysiącu niewypowiedzianych obietnic. Byliśmy w cichym, zacienionym sanktuarium Centrum Medycznego St. Jude, od sześciu godzin poród, który wydawał się trwać całe życie.
Zaplanowaliśmy tę chwilę z precyzją sztuki teatralnej. Oświetlenie było przyciemnione do delikatnego, bursztynowego odcienia; w tle nuciła starannie dobrana playlista suit wiolonczelowych; a Daniel szeptał mi do ucha, a jego oddech owiewał moją wilgotną skórę. Tworzyliśmy świat dla naszej córki – świat, który miał być nieskażony zimnym, osądzającym cieniem nazwiska Montgomery.