15 grudnia 1856 roku. Josiah i ja byliśmy w bibliotece, zatopieni w sobie, całując się ze swobodą tych, którzy uważają się za samotnych. Nie słyszeliśmy kroków ojca. Nie usłyszeliśmy otwierających się drzwi.
„Elellaner”. Jego głos był lodowaty.
Rozstaliśmy się gwałtownie. Winni. Zdemaskowani. Przerażeni. Ojciec stał w drzwiach, a jego wyraz twarzy był mieszaniną szoku, gniewu i czegoś jeszcze, czego nie potrafiłem rozszyfrować.
„Ojcze, mogę to wyjaśnić”.
„Jesteś w nim zakochany”. Nie pytanie, lecz oskarżenie.
Josiah natychmiast uklęknął. „Panie, proszę. To moja wina. Nigdy nie powinienem był…”
„Cicho, Josiah”. Głos ojca był niebezpiecznie spokojny. Spojrzał na mnie. „Elellanar, czy to prawda? Czy jesteś zakochana w tej niewolnicy?”
Mogłem skłamać. Mogłabym twierdzić, że Josiah mnie zgwałcił, że jestem ofiarą. To by mnie uratowało, a Josiaha skazało na tortury i śmierć. Nie mogłam.
„Tak, kocham go, a on kocha mnie. I zanim mu zagrozisz, wiedz, że to uczucie jest odwzajemnione. To ja zainicjowałam nasz pierwszy pocałunek. To ja szukałam tego związku. Jeśli musisz kogoś ukarać, ukaraj mnie”.
Twarz mojego ojca wyrażała serię emocji: gniew, niedowierzanie, konsternację. W końcu: „Josiah, idź natychmiast do swojego pokoju. Nie wychodź, dopóki po ciebie nie wezwę”.
„Proszę pana…”
„NIE”.
Josiah wyszedł, rzucając mi ostatnie, pełne udręki spojrzenie. Drzwi się zamknęły, zostawiając mnie samą z ojcem. Co stało się potem? Słowa mojego ojca w gabinecie zmieniły wszystko, ale nie w taki sposób, jakiego się spodziewałam.
„Czy rozumiesz, co zrobiłeś?” zapytał cicho ojciec.