„Podjąłem decyzję” – powiedział bez wstępu. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie, ja na wózku inwalidzkim, Josiah na jednym z krzeseł, obaj trzymaliśmy się za ręce pomimo niestosowności sytuacji.
„Nie ma mowy, żeby to zadziałało w Wirginii ani nigdzie indziej na Południu” – zaczął mój ojciec. „Społeczeństwo tego nie zaakceptuje. Prawo wyraźnie tego zabrania. Jeśli zatrzymam Josiaha tutaj, nawet jeśli ogłoszę go twoim opiekunem, podejrzenia wzrosną. Prędzej czy później ktoś to zbada i oboje będziecie zrujnowani”.
Krew mi zmroziła krew w żyłach. Wyglądało to na wstęp do separacji.
„Więc” – kontynuował – „oferuję ci alternatywę”. Spojrzał na Josiaha. „Josiah, zwolnię cię prawnie, formalnie, z dokumentami, które będą ważne w każdym sądzie na Północy”.
Nie mogłem oddychać.
„Elellaner, dam ci 50 000 dolarów, wystarczająco dużo, żebyś mogła zacząć nowe życie, i zapewnię ci listy polecające do kontaktów abolicjonistów w Filadelfii, którzy pomogą ci się tam osiedlić”.
„Czy… uwalniasz go?”
„Tak. A co, gdybyśmy pojechali razem na północ?”
„TAK”.
Josiah wydał z siebie dźwięk, coś w rodzaju szlochu, coś w rodzaju śmiechu. „Boże, nie… nie mogę”.
„Możesz to zrobić. I zrobisz”. Głos mojego ojca był stanowczy, ale nie niemiły. „Josiah, chroniłeś moją córkę lepiej niż jakikolwiek biały mężczyzna. Uszczęśliwiłeś ją. Dałeś jej pewność siebie i umiejętności, które myślałem, że straciła na zawsze. W zamian oferuję ci wolność i kobietę, którą kochasz”.
„Ojcze”, wyszeptałem, a łzy spływały mi po twarzy. „Dziękuję”.
„Nie dziękuj mi jeszcze. Nie będzie łatwo. W Filadelfii są społeczności abolicjonistyczne, które cię przyjmą, ale i tak spotkasz się z uprzedzeniami. Elellanar, jako biała kobieta poślubiona czarnemu mężczyźnie… Tak, mężatka. Załatwię ci legalny ślub, zanim wyjedziesz. Wielu cię ostracyzmuje. Będziesz musiała stawić czoła trudnościom ekonomicznym, społecznym, a może nawet fizycznym. Jesteś pewna, że tego chcesz?”
„Bezpieczniej niż gdziekolwiek indziej, gdzie kiedykolwiek byłam”.
„Josiah”.
Głos Josiaha załamał się z emocji. „Panie, poświęcę resztę życia, żeby Elellanar nigdy tego nie żałowała. Będę ją chronić, będę ją utrzymywać, będę ją kochać. Przysięgam”.
Mój ojciec skinął głową. „No to działajmy”.
Ale oto, czego nam nie powiedział. Czegoś, co mieliśmy odkryć dopiero znacznie później. Ta decyzja miała go kosztować wszystko.
Następny tydzień był istną burzą. Mój ojciec współpracował z prawnikami, aby przygotować dokumenty, które miały uwolnić Josiaha, ogłaszając go wolnym człowiekiem, pozbawionym własności i uprawnionym do podróżowania bez zezwoleń i upoważnień. Zaaranżował nasz ślub za pośrednictwem współczującego pastora w Richmond, który odprawił ceremonię w małym kościele, w obecności tylko mojego ojca i dwóch świadków.
Z Josiahem złożyliśmy przysięgę przed Bogiem i prawem. Przyjęłam imię Eleanor Whitmore Freeman, zachowując oba nazwiska, oddając hołd ojcu i akceptując nowe życie. Josiah stał się Josiahem Freemanem, wolnym mężczyzną ożenionym z wolną kobietą.
Wypłynęliśmy z Wirginii 15 marca 1857 roku prywatnym powozem, który zorganizował mój ojciec. Nasz dobytek znajdował się w dwóch kufrach: ubrania, książki, narzędzia z kuźni oraz dokumenty potwierdzające wolność, które Josiah wiózł ze sobą jako przedmioty święte.
Ojciec przytulił mnie przed wyjściem. „Prześlij mi wiadomość” – powiedział. „Daj mi znać, że wszystko w porządku. Daj mi znać, że jesteś szczęśliwa”.
„Tak, Ojcze. Ja… ja wiem… Ja też cię kocham, Ellanar. Teraz idź i buduj sobie życie. Bądź szczęśliwy”.
Josiah ścisnął dłoń mojego ojca. „Panie, będę ją chronił”.
„Josiah, tylko o to proszę”.
„Życiem, Panie”.
Podróżowaliśmy na północ przez Wirginię, Maryland i Delaware. Każdy kilometr oddalał nas od niewolnictwa i przybliżał do wolności. Josiah spodziewał się, że ktoś nas zatrzyma, poprosi o dokumenty, zakwestionuje nasze małżeństwo. Ale dokumenty były ważne i przekroczyliśmy granicę Pensylwanii bez przeszkód.
Publicité