Boże, jaki on był ogromny. Dwa metry i dziesięć cali muskułów, ramiona ledwo dotykające ciała, dłonie naznaczone oparzeniami od kucia, które wyglądały, jakby mogły roztrzaskać kamień. Twarz miał ogorzałą, brodatą, a jego wzrok błądził po pokoju, nigdy nie zatrzymując się na mnie. Stał z lekko pochyloną głową, splecionymi dłońmi, niczym niewolnik w domu białego człowieka.
Ten brutal był trafnym przezwiskiem. Wyglądał, jakby mógł zburzyć dom gołymi rękami. Ale wtedy odezwał się mój ojciec.
„Josiah, to moja córka, Elellaner”.
Wzrok Josiaha zatrzymał się na mnie na pół sekundy, a potem wrócił na podłogę. „Tak, proszę pana”. Jego głos był zaskakująco miękki, głęboki, a zarazem łagodny, niemal łagodny.
„Ellaner, wyjaśniłem sytuację Josiahowi. Rozumiał, że weźmie odpowiedzialność za twoją opiekę”.
Zdołałem przemówić, choć drżałem. „Josiah, rozumiesz, co proponuje mój ojciec?”
Jeszcze jedno szybkie spojrzenie na mnie. „Tak, panienko. Będę twoim mężem, będę cię chronił, będę ci pomagał”.
Publicité