Publicité

Uznano, że nie nadaje się do małżeństwa.

Publicité

„Jasne. Jutro”.

Następnego ranka przywieźli Josiaha do domu. Stałem przy oknie salonu, gdy usłyszałem ciężkie kroki w korytarzu. Drzwi się otworzyły. Wszedł mój ojciec, a wtedy Josiah się pochylił – naprawdę, naprawdę się pochylił – żeby się zmieścić.

Boże, jaki on był ogromny. Dwa metry i dziesięć cali muskułów, ramiona ledwo dotykały jego ciała, dłonie naznaczone oparzeniami od kucia, które wyglądały, jakby mogły roztrzaskać kamień. Twarz miał ogorzałą, brodatą, a jego oczy biegały po pokoju, nie zatrzymując się na mnie. Stał z lekko pochyloną głową, splecionymi dłońmi, niczym niewolnik w domu białego człowieka.

Ten brutal był trafnym przezwiskiem. Wyglądał, jakby mógł zburzyć dom gołymi rękami. Ale wtedy odezwał się mój ojciec.

„Josiah, to moja córka, Elellaner”.

Wzrok Josiaha spoczął na mnie na pół sekundy, a potem wrócił na podłogę. „Tak, proszę pana”. Jego głos był zaskakująco miękki, głęboki, a jednocześnie delikatny, niemal życzliwy.

„Ellaner, wyjaśniłem sytuację Josiahowi. Rozumiał, że weźmie na siebie odpowiedzialność za twoją opiekę”.

Zdołałem przemówić, choć drżałem. „Josiah, rozumiesz, co proponuje mój ojciec?”

Kolejne szybkie spojrzenie na mnie. „Tak, młoda damo. Będę twoim mężem, będę cię chronił, będę ci pomagał”.

Publicité