W dniu mojego ślubu popełniłam błąd. Drobny, nieistotny błąd w pamięci, o którym nie pomyślałabym dwa razy we wtorek, nie mówiąc już o najważniejszym dniu w życiu. Zapomniałam telefonu. I ten jeden, błahy błąd to jedyny powód, dla którego żyję – finansowo, emocjonalnie, a może nawet fizycznie – by opowiedzieć dziś tę historię.
Sala balowa w Lakeside Manor była arcydziełem delikatnej optyki i drogich kompozycji kwiatowych. Jaśniała bursztynowym światłem, które filtruje niedoskonałości, sprawiając, że białe róże wyglądały eterycznie, a goście niczym gwiazdy filmowe. To był ślub, o którym marzyła moja matka od urodzenia i, szczerze mówiąc, ten, którego sama wmówiłam sobie, że pragnę.