Gdy dotarł do głównych schodów, zatrzymał się. Drewniana poręcz była chłodna pod jego palcami. Przez ułamek sekundy zdawało mu się, że dostrzega odbicie karabinów w szybie drzwi oraz ruch cienia za źródłem światła. Odwrócił się, lecz nikogo tam nie było – jedynie nieruchome powietrze i nikły zapach suszonych kwiatów. Serce biło mu mocno – nie ze strachu, lecz z powodu dziwnego wzruszenia; tak, jakby przeszłość spojrzała na niego przez mgnienie oka. Stał tam, wpatrując się w pustkę westybulu, i szepnął – ledwie słyszalnie: „Jesteśmy w domu”. Słowa te zawisły w powietrzu, odbijając się echem wśród stopni schodów.
Na zewnątrz niebo zaczynało już jaśnieć. Z opustoszałej ulicy fasada starego pałacu zdawała się znów oddychać. W oknach – po raz pierwszy od wielu lat – migotało nikłe światło, niczym serce, które znów podjęło swój rytm. Gdy słońce wreszcie wyłoniło się ponad dachami, Lidia wyszła na taras. Miasto spowijała mgła o metalicznym połysku oraz powietrze przesycone wonią metalu i nadziei. Po raz pierwszy – choć wciąż jeszcze niejasno – poczuła, że ma pewne przeczucie, choć nie potrafiła go nazwać.
Nie wiedziała jeszcze, że decyzja o „ukrzyżowaniu” tego cienia nie tylko odmieni jej życie, lecz także rozproszy mrok, który przez dziesięciolecia spowijał pewną historię – historię pełną słodyczy i milczenia. We wnętrzu domu panowało wrażenie, że tylko on jeden potrafi w pełni ogarnąć wzrokiem to miejsce, w którym został tak serdecznie przyjęty. I tak właśnie wszystko się zaczęło. Mężczyzna w Brook Haven poczuł się otoczony przez tę osobliwą aurę, która przenikała kontury budynków – niczym świat, który nie zdecydował jeszcze, czy ma się rozproszyć, czy też trwać dalej. We wnętrzu starej rezydencji rodu Rosinich panowała tak głęboka cisza, że każde skrzypnięcie podłogi brzmiało niczym wypowiedziane słowo.
Lidia otworzyła oczy, zanim jeszcze obudziły się dzieci; jej ciało zdawało się wciąż uśpione, a umysł wypełniały rozproszone myśli. Przez chwilę nie potrafiła zorientować się w sytuacji. Widziała jedynie wysoki sufit, cienie rzucane przez regały oraz dogasający blask ognia, który niemal całkowicie już wypalił się w kominku. Wtedy jednak powróciły wspomnienia: dom, jego zakup, krążące plotki... Powoli podniosła się do siadu i otuliła kocem. Spali tylko Jona i May – skuleni tuż obok siebie, oddychający spokojnie. Po raz pierwszy, rozpływając się w nicość, Lidia nie czuła ciężaru swojej straty.
Miała w tej przestrzeni coś dla siebie. W swojej bezkresnej ciszy, w niemal majestatycznym rozpadzie, który sprawił, że znów poczuła się potrzebna. Wyszła na korytarz i otworzyła okno. Do wnętrza wdarła się mgła, niosąc ze sobą zapach wilgotnej ziemi. Za ogrodem rozciągało się morze chwastów. Liście lśniły od rosy, a spomiędzy traw wyłaniały się resztki omszałej fontanny. W oddali dało się słyszeć szmer miejskiego ruchu – świadectwo tego, że świat istniał nadal, na długo po tym, jak ona sama odeszła.
Spojrzała znów na wnętrze domu i pomyślała, że skoro on przetrwał tak długie opuszczenie, ona również zdoła przetrwać. Tego ranka rozpoczął się powolny proces przywracania do życia tego śpiącego olbrzyma. Jej dziecko spłoszył jakiś odgłos z zewnątrz – być może uwięziony gołąb albo podmuch wiatru. Lidia musiała je uspokoić uśmiechem. Rozpaliła w starym piecu kuchennym; ten zaprotestował metalicznym zgrzytem, zanim uległ płomieniom. Zapach gazu i przypieczonego chleba wypełnił pomieszczenie, mieszając się z wiekową wonią drewna.
Podczas śniadania Jona zastanawiał się, czy mógłby zbadać pozostałe pokoje. – Ostrożnie – powiedziała Lidia – i nie oddalajcie się zbytnio. Oczy dziecka lśniły ciekawością. Mee natomiast zachowywała ostrożność. Była tą rozsądniejszą – tą, która słyszała rzeczy niedostępne dla innych. I jako pierwsza zauważyła, że dom przemawia głośno, gdy wszyscy śpią. Dzień upłynął pośród kurzu, wody i zmęczenia. Lidia znalazła stare wiadro i zaczęła szorować podłogę w przedsionku, usuwając warstwy brudu, które zdawały się liczyć sobie całe stulecia.
Każda płytka stopniowo odzyskiwała swój kolor, a spod warstwy kurzu wyłaniał się wzór mozaiki w odcieniach błękitu i złota. Jona pomagał, przeciągając mokre szmaty, podczas gdy Mee czyściła ramy okienne. Przez chwilę – w świetle słońca, które przesączało się przez szczeliny – dom ten przypominał już nie tyle grobowiec, co żywe, oddychające ciało. W południe Lidia zeszła do wioski, by zrobić zakupy. Podeszła do najbliższego sklepu – niewielkiego sklepu z artykułami żelaznymi, w którym sprzedawano również żywność. Gdy weszła do środka, dźwięk dzwonka nad drzwiami sprawił, że wszyscy podnieśli wzrok. Chłopak za ladą obserwował ją z mieszaniną ciekawości i rozbawienia. – To pani kupiła dom Rosiniego, prawda? – zapytał, zanim przystąpił do rejestrowania i wydawania nabytej przez nią nieruchomości. Lidia skinęła głową, nie podnosząc wzroku. Mówią, że nocami wciąż słychać tam kroki. Niektórzy utrzymywali, że Rosini nie tylko zatopił w tym domu pieniądze, ale także ciała. Proszę się zaśmiać, jeśli klient czeka, aż pani skończy czytać.
Marokanka ceniła sobie ludzi, którzy nie odrzucali ani nie przeklinali tego, co odziedziczyli. Lidia wzięła głęboki oddech, zapłaciła i wyszła, nie wypowiadając ani słowa.