Sprowadziłem go po schodach, całkowicie ignorując pożegnalny wykład Marca o niebezpieczeństwach związanych z rozpieszczaniem małych chłopców. Ale kiedy wyszliśmy na przenikliwy chicagowski wiatr, włosy stanęły mi dęba. Nie mogłem pozbyć się ciężkiego, duszącego uczucia, że odchodzę od płonącego budynku, nieświadomy dymu wypełniającego już moje płuca.
Rozdział 2: Pęknięcie
Wnętrze ciężarówki było zazwyczaj naszą bezpieczną strefą, miejscem pełnym kiepskich radiowych piosenek i kłótni o to, gdzie kupić burgery z drive-thru. Dziś wieczorem czułem się tam jak w szybkowarze.
Johnny wsiadł na miejsce pasażera. Obserwowałem go kątem oka, jak sięgał po pas bezpieczeństwa. Poruszał się z bolesną powolnością. Wygiął sztywno tułów, wyraźnie unikając napięcia lewego żebra.
Dzieci upadają, argumentował mój racjonalny mózg. Obcierają kolana. Siniaki.
Nie tak, instynktowna, pierwotna część mojego mózgu zareagowała.
Wrzuciłem bieg i odjechałem od krawężnika. Latarnie uliczne migotały nad nami rytmicznymi błyskami.
„Boli cię coś, J?” zapytałem, starając się, by mój ton był niemożliwie lekki.
„Nie” – odpowiedział natychmiast. Za szybko. Zbyt wprawnie.
„Wylałeś się w y”