„NIE PROWADZIMY DOMU OPIEKI” – warknął mój ojciec głosem ochrypłym od taniego piwa, którym sączył się od południa. Zablokował wejście swoją ciężką sylwetką, barierą z ciała i flaneli, która wydawała się nie do przebicia. „Idź do VA. Nie mamy miejsca dla kalek”.
Nie wiedział, że dach, pod którym stał, i dębowe deski podłogowe, na których stał, zostały opłacone z tych samych nóg, które straciłem za granicą.