Wjechałem na podjazd naszego domu w Vancouver akurat wtedy, gdy lutowy deszcz zmienił się w deszcz ze śniegiem – tę okropną pogodę na północno-zachodnim Pacyfiku, która wsiąka w kości i zostaje z nami na zawsze. Był czwartek, koniec wyczerpującego tygodnia zarządzania inspekcją terenu pod nowy wieżowiec, a ja pragnąłem tylko ciszy pustego domu i sztucznego ciepła pieca.
Ale dom nie był pusty. A przynajmniej podjazd nie był.