Gdy grupa znalazła tymczasowe schronienie w bezpiecznym domu nieopodal Georgetown, rozpoczęła się batalia prawna. Federalny raport Blackwooda – wzmocniony wstrząsającymi zeznaniami Isaiaha i Ruth – kreślił obraz deprawacji, którego obronę za trudną uznali nawet najbardziej zatwardziali, posiadający niewolników sąsiedzi. „Dom Rozrodczy” stał się symbolem przekroczonej granicy moralnej, wywołując rzadki moment refleksji w lokalnych sądach. Prawdziwa sprawiedliwość objawiła się jednak w przemianie ocalałych. Josephine – niegdyś więźniarka oczekiwań matki – wykorzystała swą wiedzę o finansach posiadłości, by zapewnić wolność dziesiątkom ludzi, którzy stanowili część „eksperymentalnej” puli.
Isaiah i Ruth zdołali ostatecznie dotrzeć na Północ, a ich nowonarodzone dziecko – nazwane Leo na cześć ich odwagi – stało się symbolem życia zrodzonego w kajdanach, lecz przeznaczonego do lepszej przyszłości. Siostry Tain pozostały jednak podzielone. Caroline – niezdolna pogodzić upadku matki z własnym poczuciem wyższości – usunęła się w cień towarzyskiego życia Nowego Orleanu, spędzając ostatnie dni pod przybranym nazwiskiem. Beatrice, najmłodsza z sióstr, odnalazła spokój w cichym nadmorskim miasteczku – choć, jak zgodnie twierdzą świadkowie, nigdy nie zasypiała bez zapalonego światła, lękając się powrotu sterylnej ciszy z infirmerium Tainów.
Jeśli zaś chodzi o Eleanor Tain – „Wdowę z Charleston” – spotkał ją los równie chłodny jak jej własne serce. Pozbawiona ziem i wykluczona przez towarzystwo, nad którym niegdyś panowała, odmówiła okazania skruchy. W ostatnich dniach życia często widywano ją, jak błąkała się po ruinach swej spalonej rezydencji, ściskając w dłoni podarty rejestr i mamrocząc o „czystości” do chwastów. Jej historia pozostaje niepokojącym rozdziałem w dziejach Południa – ostrzeżeniem, że gdy ludzi traktuje się jak dane, a rodowody liczą się bardziej niż dusze, wynikający z tego mrok może skazić tę ziemię na całe pokolenia.