Wciąż pamiętam dokładnie tę ciszę, która zapadła po jej słowach – nie taką, jaką słyszy się, gdy ktoś wznosi piękny toast na weselu, ale poszarpaną, zapierającą dech w piersiach pustkę, która następuje po zamachu.
Była sobota, środek września. Sala Batesa w Bibliotece Publicznej w Bostonie została przekształcona w sanktuarium obscenicznego bogactwa. Kryształowe żyrandole spływały niczym zamarznięte łzy z wysokich sufitów, rzucając migotliwą poświatę na jedwabne obrusy i kwiatowe dekoracje na stół, które kosztowały więcej niż średniej wielkości sedan. Zapłaciłem za każdy płatek, każdą starą butelkę szampana, każdą strunę kwartetu grającego cicho w tle. Moja całkowita inwestycja w szczęście mojego syna wyniosła dokładnie czterysta dwadzieścia pięć tysięcy dolarów.