Ale żeby zrozumieć ten upadek i odrodzenie, musimy cofnąć się w czasie.
Nazywam się Serafina Álvarez. Kiedy miałam dziesięć lat, wypadek samochodowy na drodze w Galicji odebrał mi rodziców. Rano nie miałam już nikogo. Pracownik socjalny powiedział mi, że muszę zapełnić plecak.
Włożyłam do niego szalik mamy, wciąż inspirowany jej perfumami, i stary zegarek mojego ojca. Wszystko, co go otaczało, zostało.
Następne lata to ciąg rodzin i domów dziecka. Nauczyłam się być niewidzialna, jeść szybko i nikomu nie przeszkadzać. Nazywano mnie „sierotą”.
Ale nauczyłam się przetrwać. Każdej nocy szeptałam tę samą obietnicę:
„Dam sobie radę. Będę kimś”.
W wieku 28 lat pracowałam jako opiekunka. Mieszkałam w maleńkim kawalerce w Vallecas, czystym, ale ciasnym. Byłam wolontariuszką w szpitalu La Paz. Nigdy nie prosiłam o pomoc.
Aż pewnego marcowego wieczoru wszystko się zmieniło.
Czarne Porsche rozbiło się przede mną. Przechodnie filmowali. Uciekłam. Utrzymywałam kierowcę przytomnego, dopóki nie nadjechała pomoc.
„Serafina Álvarez” – powiedziałam, gdy zapytał mnie o imię.
„Leandro Quintana” – odpowiedział.
Nie wiedziałam, kim on jest.
Trzy dni później do mojego domu dotarły kwiaty. Potem filiżanka kawy. Potem obiad. Potem miłość.
„Moja matka cię znienawidzi” – ostrzegł mnie pewnego dnia. Ale nie obchodziło mnie to.
Myślałam, że ta miłość wystarczy.