Sięgnął po marchewkę. Odepchnęłam jego rękę.
„Auć! Co to jest?”
Odłożyłam nóż. „Mark, zgadzasz się z nią?”
„Co masz na myśli?”
„Zgadzasz się, że nie jestem rodziną?”
Mark potarł twarz. „Kochanie, nie zrozum mnie źle. Wiesz, że ona nie ma tego na myśli. Ona po prostu chce… nostalgii. Chce, żeby było jak za naszych dzieci. Tylko ta pierwsza czwórka”.
„Ta pierwsza czwórka” – powtórzyłam. „A kto zorganizował tę imprezę, Mark?”
„Ty ją zorganizowałeś”.
„A kto za nią zapłacił?”
„My. No cóż, dodałeś ją do menu, ale…”
„Nie. Ja za nią zapłaciłam. Twój wkład nie pokrył nawet kaucji za alkohol. Tara i Evan nic nie zapłacili”.
Mark uniósł ręce. „Dobrze! Wiem! Jesteś aniołem, Sarah. Wszyscy to wiemy. Ale czy mogłabyś jej to dać? To jej pięćdziesiąte urodziny. Przełknij dumę. Wynagrodzę ci to. Kupię tę torebkę, której tak bardzo pragnąłeś”.
Nie rozumiał. Próbował kupić moją współpracę, tak jak ja próbowałem kupić miłość jego matki.
„Ustąpiłem” – powiedziałem spokojnie. „Chciała zjeść kolację sam na sam z rodziną. Nie chciała, żebym się w to angażował. Nie chciała, żebym narażał ją na stres”.
„Dobrze. Więc wszystko w porządku?”
„Świetnie nam idzie” – skłamałem.
Nie powiedziałem mu.
Gdybym mu powiedział, to by to naprawił. Zadzwoniłby do restauracji i błagał. Zadzwoniłby do matki i krzyczał. Wymusiłby kompromis, żebyśmy wszyscy jedli razem i siedzieli w żałosnej ciszy, podczas gdy Linda patrzyłaby na mnie gniewnie.
Nie. Linda chciała dowodzić. Linda chciała, żeby jej dzieci wzięły na siebie odpowiedzialność.
„W co się jutro ubierzesz?” – zapytałem.
„Tylko mój niebieski garnitur” – powiedział, zadowolony, że kłótnia dobiegła końca. „Idę do mamy około 17:00, a potem pojedziemy razem do restauracji. Jesteś pewien, że dasz sobie radę sam?”