— Była szczęśliwa! To dwie różne rzeczy. Cieszyła się, że dostała to, czego chciała, a nie, że byliśmy gotowi się dla niej poświęcić.
Dowiedz się więcej
Kosze prezentowe
Gry rodzinne
Pod wieczór Aleksiej postanowił ponownie zadzwonić do mamy. Może spokojnie, bez emocji, wyjaśni sytuację.
— Mamo, omówmy wszystko jeszcze raz. Sto pięćdziesiąt tysięcy to dla nas naprawdę dużo. Może znajdziemy kompromis?
— Jaki kompromis? — Głos Walentyny Pietrowny stawał się coraz głośniejszy. — Alosza, całe życie pracowałam, całe życie oszczędzałam na siebie.
Wychowywałam cię sama, nigdy niczego nie odmawiałam. A teraz, kiedy mam siedemdziesiąt lat, kiedy chcę raz w życiu godnie uczcić urodziny, mój własny syn zaczyna negocjować.
— Mamo, ja nie negocjuję…
— Tak, negocjujesz. A wszystko przez tę twoją żonę. Wyprała ci mózg, prawda? Szepcze różne rzeczy o twojej matce, skąpa.
— Mamo, co Marina ma z tym wspólnego?
— Że normalna kobieta wspiera męża i nie zwraca się przeciwko jego matce. Nie byłaś taka, zanim się z nią ożeniłaś, prawda?
W tym momencie Marina weszła do pokoju. Usłyszała ostatnie słowa i zamilkła.
Dowiedz się więcej
Kosze prezentowe
Gry rodzinne
— Mamo, to nieprawda…
— To prawda, Aloszenko. Spójrz, jak na mnie patrzy. Jakbym jej coś odbierała. A kim ja jestem, obcą osobą? Jestem twoją matką!
— Tak, jesteś jego matką — powiedziała nagle Marina. — I używasz jej od ośmiu lat.
Aleksiej zamarł. Walentyna Pietrowna też milczała.
— Co powiedziałaś? — wyszeptała.
— Powiedziałam prawdę — Marina podeszła bliżej do telefonu, a Aleksiej włączył głośnik. — Osiem lat wykorzystujesz fakt, że jesteś jego matką. Każdą odmową wpędzasz go w poczucie winy.
Osiem lat wysłuchiwałam twoich wymówek, aluzji i porównań. Osiem lat znosiłam twoje traktowanie mnie jak człowieka drugiej kategorii. A teraz żądasz, żebyśmy zaciągnęli długi na twoje przyjęcie, a nawet nie pytasz, czy nas na to stać.
— Alosza! — krzyknęła Walentyna Pietrowna do telefonu. — Słyszysz, jak ona do mnie mówi?!
— Mówię do ciebie szczerze — kontynuowała Marina. — Po raz pierwszy od ośmiu lat. I wiesz co? Możesz sama zorganizować przyjęcie. Masz emeryturę, masz oszczędności. Jeśli tak bardzo zależy ci na wystawnym bankiecie — to sama za niego zapłać. Damy ci tyle, ile uznamy za stosowne.
— Niewdzięczna! — Głos Walentyny Pietrowna drżał z wściekłości. — Skąpa! Alosza, widzisz, za kogo wyszłaś? Już wiedziałam: nie jest godna być częścią naszej rodziny! Ona nawet nie rozumie, co to znaczy szanować starszych!
— Czy rozumiesz więc, co to znaczy szanować innych? — Marina się nie poddała. — Czy rozumiesz, co znaczy wdzięczność za pomoc? Czy rozumiesz, że ludzie mają swoje plany i możliwości?
— Jak śmiesz! Jestem matką!
— I jestem kobietą! I mam prawo nie być obrażana!
Aleksiej słuchał tej rozmowy i po raz pierwszy od ośmiu lat zrozumiał, że Marina ma całkowitą rację. Absolutną rację we wszystkim. Jego matka rzeczywiście wykorzystywała jego synowskie poczucie obowiązku jako broń i wpędzała go w poczucie winy. Naprawdę traktowała jego żonę jak wroga. Nie brała pod uwagę ich możliwości i pragnień.
— Mamo — powiedział cicho. — Cicho.
— Co? — Walentyna Pietrowna była zaskoczona.
— Powiedziałam: cicho. Marina ma rację. Całkowitą rację.
Na linii zapadła cisza.
— Ty… ty stajesz po jej stronie? — wyszeptała w końcu matka.
— Staję po stronie sprawiedliwości — powiedział stanowczo Aleksiej. — Osiem lat obrażałeś moją żonę. Osiem lat zmuszałeś mnie do wyboru między wami dwojgiem. Osiem lat milczałem, mając nadzieję, że będzie lepiej. Ale to wystarczy.
— Alosza…
— Nie, mamo. Posłuchaj mnie teraz. Marina to wspaniała kobieta. Jest miła, mądra, troskliwa. Nigdy nie zabroniła mi ci pomagać. Zawsze wspierała nasze spotkania. Gotowała dla ciebie, sprzątała, kupowała lekarstwa, kiedy chorowałeś. A ty tylko krytykowałeś i robiłeś wyrzuty.
— Ale nie miałem tego na myśli…
— A gdzie indziej? — Aleksiej poczuł narastającą w nim złość, lata nagromadzonej frustracji. — Z miłości? Z troski? Mamo, przez osiem lat nie powiedziałaś Marinie nic miłego. Nigdy nie podziękowałaś jej za pomoc. A jednak regularnie porównywałeś ją do innych kobiet, krytykowałeś jej gotowanie, jej ubrania, pracę.
— Chciałem, żeby była lepsza…
— Chciałeś, żeby znała swoje miejsce. Żeby zrozumiała, że jest outsiderem w naszej rodzinie. No cóż, gratulacje. Udało ci się.
Walentyna Pietrowna milczała.
— A teraz o rocznicy — kontynuował Aleksiej. — Jesteśmy gotowi dać ci tyle, ile nas stać. Ale nie będziemy się zadłużać na twoje przyjęcie. Jeśli chcesz bankiet na trzydzieści osób w drogiej restauracji — to zorganizuj go sam. Masz pieniądze i przyjaciół, którzy mogą pomóc.
— Nie mam tych pieniędzy…
— To zaproś piętnaście osób do…