Valeria uśmiechnęła się, gładząc dłoń Santiago, jakby już należała do niej.
— I wreszcie nasz syn będzie miał godne nazwisko… — powiedziała słodko-jadowicie. — Nie jak te… „pakunki”, które ona ze sobą тасka.
Miała na myśli bliźniaki.
Diego i Sofía, trzy lata. Te same buzie. Wielkie oczy. Śmiechy, które drażniły Santiago, bo domagały się uwagi. On nigdy nie chciał być ojcem. Elena chciała.
I gdzieś w głębi Santiago zawsze wierzył, że ona go „złapała”.
Woźny uderzył laską o podłogę.
— Wstać!
Wszedł sędzia Ignacio Robles. Starszy mężczyzna, siwe włosy, spojrzenie, które przebijało kłamstwa jak szkło. Nie uśmiechał się. Nie marszczył brwi. Był jak mur.
— Proszę usiąść.
Sędzia spojrzał na puste biurko po lewej stronie.
— Powód jest obecny. Gdzie jest pozwana?
Adrián wstał spokojnie.