„Czy jest tu dużo ludzi?” zapytała cicho.
„Tylko ja” – powiedziałem. Odpowiedź zdawała się ją zasmucać.
„Zostaw pomarańcze tutaj” – wskazałem na stół konsolowy. „Usiądź na tym krześle. Zaraz wracam”.
W kuchni poruszałem się szybciej niż kiedykolwiek od lat. Zrobiłem sobie grubą kanapkę, nalałem sobie dużą szklankę soku, wziąłem trochę owoców i baton proteinowy – cokolwiek, co wydawało mi się pokrzepiające na talerzu. Kiedy kładłem wszystko na tacy, w piersi narastało dziwne uczucie, coś pomiędzy opiekuńczością a paniką.
Co ja robię, mężczyzna podpisujący umowy z bankami w trzech krajach przed lunchem, jednocześnie przygotowując jedzenie dla ulicznego sprzedawcy? Nie miałem odpowiedzi. Wiedziałem tylko, że nic innego nie mogę zrobić.
Kiedy wróciłem do pokoju, zamarłem.
Sofia nie siedziała tam, gdzie ją zostawiłem. Stała na zakręcie schodów, przed szafką nocną. Jej drobne dłonie ściskały srebrną ramkę, jedyne zdjęcie, którego nigdy nie mogłam ukryć.
Lena.
Zrobiłam to zdjęcie dziesięć lat temu w Echo Park, kiedy moje życie wciąż zdawało się zmierzać ku lepszej przyszłości. Zanim odeszła bez słowa, zostawiając pustkę, którą próbowałam wypełnić kontraktami, szkłem i stalą.
Sofia trzymała ramkę jak świętą. Jej ramiona drżały.
„Hej” – powiedziałam cicho, odstawiając tacę, zanim ją upuściłam.
Odwróciła się do mnie. Jej oczy, ciemne i zbyt stare jak na jej twarz, były pełne łez.
„Proszę pana…” Jej głos się załamał. „Dlaczego ma pan w domu zdjęcie mojej matki?”
Usłyszałam wysoki dźwięk dzwonienia w uszach.