„Co ty właśnie powiedziałaś?”
Przycisnęła ramkę do piersi, jakby ktoś próbował ją ukraść. „To moja mama. Ma dłuższe włosy i wygląda… na szczęśliwą. Ale to ona. To moja mama, Lena”.
Podeszłam bliżej, jak we śnie. Spojrzałam na zdjęcie, a potem na małą dziewczynkę przede mną. W myślach odepchnęłam od siebie brud ulicy i zmęczenie, i oto byłam: mały, zadarty nosek Leny, wygięte usta, intensywne spojrzenie, którym mnie obdarzyła, kiedy powiedziała, że wierzy we wszystko, czym mogę być.
„Czy twoja mama ma na imię Lena?” zapytałam drżącym głosem. „Lena Morales?”
Sofia skinęła głową, szlochając. „Tak. Znasz ją… znasz ją? Czy ty jesteś tym „Grantem”, o którym mówi, kiedy choruje?”
Kolana prawie się pode mną ugięły.
„Ona… mówi moje imię?”
„Czasami” – wyszeptała Sofia. „Myśli, że śpię, ale ja ją słyszę. Płacze, przeprasza i wymawia twoje imię. Boże, co zrobiłeś mojej matce? Dlaczego masz jej zdjęcie?”
Wszystkie nierozwiązane pytania ostatniej dekady zderzyły się we mnie. Lena nie odeszła tak po prostu. Odeszła gdzieś z jakąś tajemnicą.
Znów spojrzałem na Sofię. Miała dwanaście lat. Chronologia uderzyła mnie z szokiem.
„Chodź” – powiedziałem w końcu, a mój wzrok zamgliły łzy, których nie czułem od dziesięciu lat. Położyłem dłoń na jej ramieniu, najdelikatniej jak potrafiłem. „Nie skrzywdziłem twojej matki. Kochałem ją bardziej niż cokolwiek innego. I chyba szukałem ciebie, nawet o tym nie wiedząc. Zabierz mnie do niej”.
Jej oczy się rozszerzyły. „Mieszkamy daleko, proszę pana. To nie jest jak ta okolica. To nie jest… to nie jest miłe”.
„Nie obchodzi mnie to” – powiedziałam, już chwytając kluczyki. „Nie obchodzi mnie, czy to na Księżycu. Lecimy tam. Jeśli mam rację, twoje życie się dziś zmieni, Sofio. Moje też”.