Zaparkowałem na podwójnym parkingu i wysiadłem, ignorując spojrzenia ludzi na chodniku. Mężczyzna w roboczej koszuli bezwstydnie się na mnie gapił, jego wzrok przeskakiwał z mojego szytego na miarę garnituru na SUV-a. Kobieta podlewająca plastikowe rośliny na balkonie zatrzymała się, mrużąc podejrzliwie oczy.
„Chodźmy” – powiedziałem, otwierając drzwi Sofii.
W budynku pachniało wilgotnym tynkiem i olejem kuchennym. Poręcze schodów były luźne, brakowało im części. Sofia szybko wchodziła, przyzwyczajona do zepsutych stopni. Moje drogie buty ślizgały się na odpryśniętym betonie.
Zatrzymała się w ciemnym korytarzu przed cienkimi drewnianymi drzwiami, spuchniętymi od nadmiernej wilgoci. Zamek był otwarty.
„Mamo? Jestem w domu!” zawołał, otwierając drzwi. „I… przyprowadziłem kogoś”.
Podszedłem do niej i zatrzymałem się.
„Mieszkanie” było małym pokojem. Rozchwiany plastikowy stół z jednym krzesłem. Płyta grzewcza na podłodze. Materac wciśnięty w kąt, przykryty kocami, które widziały zbyt wiele zim. Ściany były poplamione, a na suficie widniała ciemna rysa, przypominająca grymas.
Ktoś poruszył się na materacu.
Kobieta powoli wstała. Była tak chuda, że poczułam ucisk w piersi. Jej skóra była niemal przezroczysta, kości policzkowe ostre, a oczy zaczerwienione. Kaszel wstrząsnął jej ciałem, zanim zdążyła przemówić.
„Sofio…” wyszeptała, próbując się uśmiechnąć. „Wróciłaś wcześniej. Sprzedałaś…”