Publicité

Ciąg dalszy historii

Publicité

„Przestań udawać taką bezradną” — warknął. Jego słowa jeszcze długo dźwięczały w mojej głowie, nawet kiedy wszystko wokół zaczęło się rozmywać. Pamiętam chłód kuchennej podłogi pod policzkiem. Metaliczny smak krwi w ustach. Pamiętam też, jak szwy na brzuchu piekły i ciągnęły przy każdym oddechu. A najbardziej pamiętam to, że Tomasz nawet nie pomógł mi wstać. Tylko prychnął z irytacją, odwrócił się do zlewu i mruknął: — Spójrz na ten bałagan. Nawet przewrócić się nie potrafisz porządnie. Nie odpowiedziałam. Nie mogłam. Miałam wrażenie, że jeśli otworzę usta, po prostu zacznę krzyczeć. Minęło kilka minut. A może cała wieczność. Słyszałam, jak chodzi po kuchni, jak burczy coś pod nosem, jak trzaska szafkami. Nagle zapadła cisza. — Wstawaj — powiedział ostro. — Jedziemy do szpitala. Spróbowałam się podnieść, ale nogi mnie nie słuchały. — Tomasz… — wyszeptałam. Westchnął z irytacją, złapał mnie za ramię i gwałtownie pociągnął do góry. Ból przeszył mój brzuch tak mocno, że na chwilę pociemniało mi przed oczami. — Boże, Alicja, jesteś taka dramatyczna — mruknął. — Po prostu idź. Droga do szpitala minęła w ciszy. Słychać było tylko jednostajny szum silnika i mój nierówny oddech. Kiedy zatrzymaliśmy się przed izbą przyjęć, Tomasz odwrócił się do mnie i powiedział chłodno: — Poślizgnęłaś się w kuchni. Uderzyłaś o krawędź stołu. Jasne? Skinęłam głową.

— Powtórz. — Poślizgnęłam się w kuchni… uderzyłam o krawędź stołu. Przyglądał mi się przez chwilę, jakby oceniał, czy brzmi to wystarczająco wiarygodnie. — Dobrze — powiedział w końcu. I uśmiechnął się. Tym samym uśmiechem, który wszyscy wokół uważali za czarujący. Na sali było cicho. Pielęgniarka jeszcze raz sprawdziła opatrunek na mojej głowie, potem coś zapisała w karcie. Myślałam, że zaraz wyjdzie. Ale zamiast tego przysunęła krzesło bliżej mojego łóżka. — Alicja — powiedziała cicho. Drgnęłam. — Tak? Mówiła spokojnie, niemal zwyczajnie. — Pracuję tu od jedenastu lat. Milczałam. Patrzyła na mnie uważnie, ale bardzo łagodnie. — I przez te jedenaście lat widziałam wielu ludzi, którzy… poślizgnęli się w kuchni. Zabrakło mi tchu. — To był wypadek — powiedziałam szybko. Nie zaprzeczyła. Tylko lekko przechyliła głowę. — Uderzenie w policzek. Świeży siniak na ręce. I rozcięcie na czole od rogu stołu. Mówiła cicho, prawie szeptem. — Znam tę historię. Poczułam, jak coś ściska mnie w piersi. — Pani się myli… Pielęgniarka westchnęła. — Ma na imię Tomasz, prawda? Gwałtownie podniosłam głowę. — Pani… pani go zna? Pokręciła głową. — Nie. Ale znam takich mężczyzn. W sali zrobiło się tak cicho, że słyszałam tykanie zegara na ścianie. — Powiedział pani, że to pani wina? — zapytała łagodnie. Moje palce zacisnęły się na kocu. — On po prostu… jest zestresowany.

— Przez sól w puree? Łzy nagle same spłynęły mi po policzkach. Szybko je otarłam. — Proszę… nie trzeba. Przez kilka sekund milczała. Potem powiedziała powoli: — Jeśli powie pani teraz prawdę, możemy pani pomóc. Zamknęłam oczy. Przede mną znowu pojawiła się kuchnia. Rozbity talerz. Jego twarz. Jego ręka. Jego głos. „Przestań udawać taką bezradną”. Otworzyłam oczy. — Ja… poślizgnęłam się w kuchni. Pielęgniarka patrzyła na mnie długo. Potem tylko cicho powiedziała: — Dobrze. Wstała i wyszła. Ale zanim zamknęła drzwi, położyła coś na stoliku przy łóżku. Małą kartkę. Był na niej numer telefonu. I napis: „Centrum pomocy dla kobiet.” Dwie godziny później Tomasz wrócił. Wyglądał nienagannie. Idealnie skrojony garnitur. Spokojny wyraz twarzy. — Jak się czujesz? — zapytał tak łagodnie, że przechodząca korytarzem pielęgniarka uśmiechnęła się do niego z sympatią. Milczałam. Usiadł obok i wziął mnie za rękę. Jego palce ścisnęły ją trochę mocniej, niż było trzeba. — Powiedziałaś lekarzowi prawdę? Skinęłam głową. — Dobrze. Pochylił się bliżej i szepnął:

Publicité