Co tydzień starzec chodził do sklepu mięsnego i zawsze kupował taką samą ilość kości „dla psa”. Ale to zaintrygowało rzeźnika: nigdy nie widział u siebie psa. Pewnego dnia postanowił pójść za nim – i ze wzruszeniem odkrył, co tak naprawdę robi z tymi kośćmi.
Przychodził w każdą sobotę. Przez cztery kolejne lata – bez wyjątku. Zawsze o tej samej porze. Wysoki, milczący, ubrany w ciemny płaszcz. Wchodził do sklepu mięsnego, kiwał głową zamiast się przywitać i wskazywał na ladę.
„Kości” – powiedział spokojnie.
„Dla psa” – dodawał za każdym razem z przyzwyczajenia.
Za kilka centów, zawsze ta sama kwota. Nigdy więcej, nigdy mniej.
Rzeźnik szybko go sobie przypomniał. Tak samo jak tę dziwną precyzję. I fakt, że przez te wszystkie lata nigdy nie widział u tego mężczyzny psa. Ani na ulicy, ani w drzwiach, ani na smyczy. Nigdy. Mężczyzna zawsze wychodził sam, starannie pakując paczkę.
Początkowo rzeźnik nie zwracał na to uwagi. Potem zaczął się nad tym zastanawiać. Później – z pewnym niepokojem wyczekiwać sobót. Coś w tym rytuale wydawało mu się nienormalne.