Rozdział 1: Wyjazd w jedną stronę
Trzy dni po tym, jak moja jedynaczka zostawiła mnie na rozległym, zatłoczonym terminalu tranzytowym z samym biletem w jedną stronę, wróciłem przez frontowe drzwi tego samego domu, który, jak sądziła, zamierzała zlikwidować. Nie szedłem sam. Mój prawnik stał niczym cichy, groźny strażnik za moim prawym ramieniem. Bilet autobusowy wciąż tkwił głęboko w kieszeni mojego wełnianego płaszcza, składany i składany tak wiele razy w ciągu ostatnich siedemdziesięciu dwóch godzin, że tani, błyszczący papier stracił swoją strukturalną integralność. Nie leżał już płasko; zawinął się do środka, zupełnie jak wypaczone intencje kobiety, która go kupiła.
Kiedy Nancy szarpnęła drzwi wejściowe, a jej oczy rozszerzyły się w nagłym, gwałtownym spazmie szoku, gdy zauważyła naszą obecność na ganku, wiedziałem z absolutną pewnością, że misterna, desperacka gra, którą zaaranżowała, już legła w gruzach. Część tej tragedii, która naprawdę miała znaczenie – cicha, niewidoczna zmiana władzy – wydarzyła się trzy dni wcześniej, w migoczącym świetle świetlówek poczekalni.