O wschodzie słońca zadzwonił telefon. Wyświetliło się imię Ethana.
„Mamo” – powiedział głośniej – „musimy porozmawiać o ranczu. Olivia i ja mamy projekty. Przyjadę odebrać klucze”.
Rozłączyłam się bez słowa.
Poszłam do dawnego biura Roberta, otworzyłam dolną szufladę – której kazał mi nigdy nie dotykać, chyba że „coś pójdzie nie tak” – i wyciągnęłam pożółkłą kopertę, którą trzymałam tam ukrytą przez piętnaście lat.
Na pierwszej stronie, napisanym jego charakterem pisma, widniało jedno zdanie:
Dla Victorii – jeśli kiedykolwiek przyjdą po ziemię.
Obracałam tę kopertę w dłoniach, czując na ramionach ciężar czterech pokoleń i strasznej nocy.
W tym momencie wiedziałam jedno z absolutną jasnością: jeśli mój syn przyjdzie odebrać moje klucze, to czas w końcu otworzyć kopertę Roberta.