Pewnego dnia Samuel powiedział: „Chcę poznać twoją mamę. Nie chcę już ukrywać, kim jesteśmy.” Nerwowość ścisnęła mi żołądek. Mama zawsze była surowa i ostrożna, zawsze przewidywała konsekwencje. Ale pomyślałam, że jeśli to prawdziwa miłość, nie powinnam się bać.
Przywiozłam go więc do domu w ten weekend. Samuel miał na sobie śnieżnobiałą koszulę i trzymał bukiet nagietków — kwiatów, o których kiedyś wspomniałam, że są ulubionymi mojej mamy. Trzymałam go za rękę, gdy szliśmy przez stary frontowy płot naszego małego domu w Willow Creek. Mama podlewała rośliny, kiedy nas zobaczyła. Zamarła.
Zanim zdążyłam ich przedstawić, podbiegła do niego i rzuciła mu się w ramiona, zawodząc. „O mój Boże… to ty! Samuel!”
Powietrze zgęstniało. Stałam tam w osłupieniu, nie mogąc się ruszyć. Mama kurczowo go obejmowała, trzęsąc się. Samuel patrzył na nią z niedowierzaniem, jego twarz była pusta, jakby dusza go opuściła.
„Czy ty… Theresa?” wyszeptał drżącym głosem.