Gdy rodzina się jej wyrzekła, Maria miała tylko jedno wyjście: wiedziała, jak niebezpieczna jest rzeka, ale nie wiedziała, że po drugiej stronie czeka na nią o wiele gorsze niebezpieczeństwo niż rwący nurt.
Kiedy mieszkańcy wioski dowiedzieli się, że Maria urodziła dziecko z nieprawego łoża, decyzja zapadła szybko. Najpierw szeptem, potem coraz głośniej, aż w końcu otwarcie: albo zostanie — ale bez dziecka — albo odejdzie na zawsze. Nikt nawet nie udawał, że rozważa trzecią drogę.
Maria nie protestowała. Nie płakała. Nie błagała. Tej samej nocy spakowała walizkę, owinęła noworodka ciepłym kocem i mocno go do siebie przytuliła. Dom, w którym dorastała, został za nią — podobnie jak ludzie, którzy jeszcze dzień wcześniej nazywali ją rodziną.
Następnego ranka opuściła wioskę.
Przed nią była tylko jedna ścieżka. Z jednej strony zaczynał się gęsty, ciemny, wilgotny las, pełen dźwięków mrożących krew w żyłach. Z drugiej strony ciągnął się głęboki wąwóz. A przed nią płynęła rzeka — szeroka, lodowata, z silnym, dzikim nurtem. Las był zbyt niebezpieczny. Wąwóz był ślepą uliczką. Pozostawała tylko rzeka. Za rzeką zaczynała się droga do miasta. A tam — świat, którego imienia nikt tutaj nie znał.
Kiedy Maria dotarła do brzegu, ludzie już stali za nią. Rodzice, sąsiedzi, znajome twarze — ale ani jednego ciepłego spojrzenia.
Weszła do wody. Chłód ścisnął jej ciało, lecz się nie zatrzymała. Zrobiła kolejny krok. I następny. Woda podnosiła się coraz wyżej, ubranie nasiąkło, a nurt nagle szarpnął ją w dół.