Coś w jego tonie sprawiło, że zamarłam.
Connor powiedział: „Naprawdę zamierzasz to zrobić?”
Ethan westchnął, jakby miał dość przesłuchań. „Co innego mam zrobić? Jej ojciec zapłacił już połowę zaliczki za mieszkanie. A kiedy dziecko się urodzi, będzie zbyt zajęta, żeby zadawać pytania”.
Ścisnęło mnie w piersi. Nie mogłam oddychać.
Connor zniżył głos, ale nie na tyle. „A Vanessa?”
Zapadła cisza.
Wtedy Ethan wypowiedział słowa, które rozdarły moje życie na pół.
„Nigdy nie kochałem Claire. To dziecko niczego nie zmienia. Vanessa jest tą, której pragnę. Po prostu robię to, co najlepsze w tej chwili”.
Kolana prawie się pode mną ugięły. Zakryłam usta dłonią, żeby nic nie mówić, ale łzy już spływały mi po policzkach. Dziecko gwałtownie poruszało się w moim brzuchu, a nowy ból przeszył moje ciało. Oparłam się o ścianę, oszołomiona, z mdłościami, upokorzona w białej sukni, która nagle wydawała się kostiumem na czyjeś szczęśliwe zakończenie.
Mężczyzna, którego kochałam. Ojciec mojego dziecka. Mężczyzna, który czekał przy ołtarzu.
Nie był zdenerwowany. Nie był emocjonalny. Był wyrachowany.
A kiedy na dole zaczęła grać muzyka ślubna, spojrzałam w lustro, otarłam łzy i podjęłam najniebezpieczniejszą decyzję w moim życiu.
I tak pójdę do ołtarza.
Emily wparowała przez drzwi, zdyszana i uśmiechnięta. „Nadszedł czas, Claire! Wyglądasz absolutnie oszałamiająco”. Przerwała, widząc moją bladą cerę. „Wszystko w porządku? To przez dziecko?”
„Nic mi nie jest” – skłamałam, a mój głos był zaskakująco spokojny. Wsunęłam buty na niskim obcasie i wzięłam do ręki bujny bukiet białych róż. „Tylko trochę nerwów przed ślubem”.
Mój ojciec czekał na mnie na szczycie schodów. W jego oczach malowało się ciepło i ogromna duma, gdy podał mi ramię. „Gotowa, kochanie?”
„Gotowa bardziej niż kiedykolwiek, tato” – odpowiedziałam.
Ciężkie dębowe drzwi otworzyły się szeroko i tradycyjny marsz weselny rozbrzmiał w kaplicy. Trzystu gości wstało i zwróciło ku mnie swoje promienne twarze. Ale mój wzrok utkwiony był w końcu nawy.
Stał tam Ethan w idealnie skrojonym smokingu, z oszałamiająco przystojnym, choć całkowicie sztucznym uśmiechem. Obok niego stał Connor, nieswojo przestępując z nogi na nogę. A potem mój wzrok powędrował w stronę trzeciej ławki po stronie pana młodego.
Vanessa.
Była koleżanką Ethana, kimś, kogo zawsze nazywał „po prostu koleżanką”. Miała na sobie piękną, niestosownie jaskrawą czerwoną sukienkę i patrzyła na Ethana z delikatnym, tajemniczym uśmiechem.
Każdy krok w stronę ołtarza przypominał stąpanie po głębokiej wodzie. Ból w plecach znów się nasilił, ale przekułam go w sztywną, niezłomną postawę. Nie byłam już kruchą, naiwną panną młodą. Byłam matką, która zaciekle broniła swojego dziecka przed życiem zbudowanym na kłamstwie.