W tym momencie przed dużym oknem restauracji pojawiły się dwie postacie.
Chudy chłopiec, ubrany w podartą koszulę zwisającą mu z ramion. Obok niego mała dziewczynka kurczowo trzymała się jego ramienia. Oboje, przemoczeni i drżący, wpatrywali się głodnymi, zdesperowanymi oczami w jedzenie w środku.
Kilku klientów ich zauważyło, ale odwrócili wzrok. Ktoś mruknął, jak bardzo jest to smutne. Maria dostrzegła ich z kuchni i ogarnął ją strach.
Zanim zdążyła zareagować, rozległ się głos właściciela:
„Maria! Chodź tutaj!”
Don Ricardo był krzepkim mężczyzną z gęstym wąsem, którego gniew był wyczuwalny wszędzie, gdzie wchodził. Zdecydowanym krokiem ruszył w stronę wejścia i wskazał na dzieci. „Ci żebracy straszą klientów. Wygońcie ich!”
„To tylko dzieci” – powiedziała Maria, starając się zachować spokój. „Szukają tylko schronienia przed burzą”.
„Nie obchodzi mnie to” – odpowiedział krótko. „To porządny interes”. „Albo oni odejdą, albo ty odejdziesz”.
Maria ponownie wyjrzała przez okno. Chłopiec próbował rozśmieszyć młodszą siostrę, rysując figury na zaparowanej szybie. Usta dziewczynki zrobiły się sine od zimna.
„A może dam im coś na szybko?”, zapytała Maria, „żeby mogły zjeść i znowu wyjść?”.
Twarz don Ricarda zachmurzyła się. „Nawet o tym nie myśl”.
Potem zniżył głos. „Jeśli dasz im coś do jedzenia… to wykonałeś swoją pracę”.
Żołądek Marii ścisnął się. Potrzebowała wypłaty. Carolina potrzebowała lekarstwa. Ale spojrzenie w oczach tych dzieci wydawało się męką, której jej sumienie nie mogło zignorować.
ciąg dalszy na następnej stronie