Nazywam się Helen Ward i od dwudziestu dwóch lat jestem duchem.
Żyję w pokoju bez okien w Silverwood w stanie Michigan, otoczony cichym szumem wentylatorów i zapachem ozonu. Dla ludzi, którzy do mnie dzwonią, nie jestem człowiekiem. Jestem bezcielesnym głosem, liną ratunkową, spowiednikiem, a czasem ostatnią rzeczą, jaką słyszą. Centrum dyspozytorskie ma specyficzną atmosferę, napiętą ciszę, która ciąży na piersi. Pachnie zwietrzałą kawą, przemysłowym środkiem do czyszczenia dywanów i metalicznym posmakiem adrenaliny, która zdaje się sączyć z porów operatorów siedzących w rozjarzonej, błękitnej ciemności.