Aby uzyskać pełne dane logowania, przejdź na następną stronę lub kliknij przycisk Otwórz (>) i nie zapomnij połączyć się ze znajomymi na Facebooku.
Cisza, która zapadła, była przejmująca. Zainab poczuła, jak krew odpływa jej z kończyn, pozostawiając lodowate palce. Nie płakała. Łzy były walutą, którą wyczerpała do dziesiątego roku życia. Po prostu czuła, jak świat się chwieje.
Ślub był głuchym tupotem kroków i stłumionym, urywany śmiechem. Odbył się na błotnistym dziedzińcu lokalnego urzędu miejskiego, z dala od oczu wiejskiej elity. Zainab miała na sobie suknię z grubego lnu – ostatnią zniewagę ze strony sióstr. Poczuła, jak obca dłoń ściska jej dłoń. Jego uścisk był mocny, zaskakująco pewny, ale rękaw był podarty, a materiał na jej nadgarstku postrzępiony.
„Teraz to twój problem” – warknął Malik, z dźwiękiem trzasku bramy zamykającej życie.
Mężczyzna, Yusha, milczał. Wyprowadził ją z jedynego domu, jaki kiedykolwiek znała, stawiając pewne kroki, nawet w błocie. Szli przez coś, co wydawało się godzinami, zostawiając za sobą zapach jaśminu i polerowanego drewna, zastąpiony słonym, zgniłym zapachem brzegów rzeki i ciężkim, wilgotnym powietrzem przedmieść.