Kiedy teściowa wyszła, najpierw podeszłam do pralki. Otworzyłam drzwiczki: były puste. Zajrzałam do kosza na pranie: tam też nic nie było.
Dreszcz przeszedł mi po plecach. Dlaczego skłamała? To nie było kłamstwo, które można by przypisać pomyłce. Wyraźnie powiedziała, że wrzuciła pranie do pralki.
Ale nigdzie go nie było. Co się działo w domu? Czułam się jak obca osoba w moim domu. Wątpliwości co do teściowej, którą uważałam za swoją największą wsparcie, mieszały się z lękiem o zachowanie męża i niewytłumaczalny płacz córki.
Byłam w pułapce, a ściany tej pułapki zaciskały się coraz mocniej. Następnego dnia, w drodze do biura, nie wytrzymałam i zadzwoniłam do mojej przyjaciółki Swiety. Miała dwuletniego syna i przeszła piekło porodu.
„Swieta, cześć”. „Słuchaj, z Olą dzieje się coś dziwnego” – wybuchnęłam, ledwo czekając na jego odpowiedź. „Krzyczy tak co rano, niemal histerycznie”.
„A mój mąż mówi, że jestem złą matką i że źle ją wychowuję”. „Albo go nie słuchaj, wszyscy są mądrzy” – próbowała mnie pocieszyć Swieta. „Pierwszy rok jest okropny, ale to, że płacze tylko rano, jest naprawdę dziwne”.
Zwykle krzyczą bez przerwy, bez konkretnego powodu. Pamiętam, że moja Temka nie odróżniała nawet dnia od nocy. Czy na coś reagowała? Na jakiś konkretny bodziec? Jego słowa dały mi do myślenia.
Coś irytującego? Co ją dręczyło tylko rano? Tego wieczoru wyraźnie poprosiłam, żeby pozwolono mi wyjść wcześniej z pracy. Kiedy wróciłam, Walentyny Andriejewny już nie było. Ola leżała sama w łóżku.
Aleksiej jeszcze nie wrócił. Mam córkę z powrotem. Ku mojemu zdziwieniu, była zupełnie spokojna.