Publicité

Kiedy miliarder z branży technologicznej udawał, że leci za granicę, by przetestować swoją narzeczoną, ale w chwili, gdy usłyszał jej szept: „Dom wkrótce będzie nasz”, zdał sobie sprawę, że kobieta, którą kochał, może go wcale nie kochać…

Publicité

Zobaczył, jak zamykają się drzwi radiowozu i poczuł, jak coś ciężkiego ustępuje mu z piersi. Przyszłość, którą sobie z nią wyobrażał – ślub, wydarzenia, życie na szkle – roztrzaskała się w jedno popołudnie. Pozostało tylko to, co zawsze było najważniejsze: matka, praca, sumienie.

W szpitalu kolejne trzy dni zbladły niczym długi ciąg jarzeniówek i posiłków z automatów. Serce Helen waliło z bólu pod wpływem stresu i leków. Aparaty piszczały, a pielęgniarki poruszały się w cichym rytmie.

Logan odmawiał opuszczenia poczekalni oddziału intensywnej terapii. Spał na plastikowym krześle, brał prysznic w rodzinnej łazience i odpisywał na służbowe e-maile tylko wtedy, gdy było to konieczne. Twarz miał zszytą, a ramię owinięte. Wyglądał, jakby przeszedł dwanaście rund.

„Panie Barrett, nie może pan tu zostać podczas zmiany dyżuru” – powiedział pewnego wieczoru stanowczy głos za nim. Odwrócił się, gotowy do kłótni z innym administratorem.

Młoda pielęgniarka, która tam stała, miała ciepłe brązowe oczy i ciemnoblond włosy związane w prosty kucyk. Na jej identyfikatorze widniał napis: Olivia Brooks, pielęgniarka dyplomowana.

„Słucham?” zapytał Logan, wstając.

„Wiem, że się martwisz” – powiedziała, nie drgnąwszy pod jego zmęczonym spojrzeniem. „Ale moi pacjenci potrzebują odpoczynku. Przespałeś może ze cztery godziny w ciągu trzech dni. Idź wziąć prysznic. Napij się kawy, która nie smakuje jak spalony plastik. Wróć za godzinę”.

„Przekazałem połowę sprzętu z tego oddziału” – powiedział, a jego dawna arogancja zniknęła z nawyku. „Chyba mogę usiąść, gdzie chcę”.

„Na tym oddziale ja rządzę” – odpowiedziała spokojnie Olivia. „Twoja matka jest na razie stabilna”. „Jeśli się rozchorujesz, obudzi się i nie znajdzie nikogo na tyle silnego, żeby zabrać ją do domu. Zrób jej przysługę i dbaj o siebie”.

Nikt tak do niego nie mówił. Ani jego talerz. Ani jego personel. Z pewnością nie Sienna.

Otworzył usta, ale zaraz je zamknął. Miała rację.

„Jak masz na imię?” zapytał, bardziej zaciekawiony niż obrażony.

„Olivia” – odpowiedziała. „I nie imponują mi tytuły ani darowizny, panie Barrett. Zależy mi tylko na moich pacjentach i ich rodzinach”.

Zaskoczył samego siebie uśmiechem. „Idę wziąć prysznic. Za godzinę”.

„Dobrze” – powiedziała, odwracając się w stronę dyżurki pielęgniarskiej.

Publicité