Do tego czasu możemy wszystko ułożyć. A kiedy to będzie? – zapytała Isabela. Miesiąc, dwa miesiące, zamknięcie transakcji wymaga czasu. Nie mamy czasu. Pochyliła się nad biurkiem, a jej twarz wykrzywiła się w taki sposób, że pomimo urody wyglądała brzydko. „Musisz zadzwonić dziś wieczorem do Summit Rock. Zadzwoń do niego. Jest jedenasta” – powiedział Javier. Nie obchodzi mnie godzina, zadzwoń do niego. Powiedz mu, że jesteśmy gotowi podpisać umowę na wyłączność, ale powiedz mu, że potrzebujemy zaliczki, a nie zwrotu pieniędzy. Powiedz mu, że mamy innego zainteresowanego kupca, dewelopera z Kalifornii.
Wprowadź go w panikę. Nie możemy ich okłamać – powiedział Javier. – Jeśli się w to wmieszają. Och, miej trochę jaj – warknęła Isabela. – To biznes, wszyscy kłamią, tylko zdobądź pieniądze. Powiedz mu, żeby jutro przyniósł czek bankowy. 50, siostro. Nie, niech będzie 100 dolarów. Javier potarł twarz dłońmi. Dobra, dobra, ale po co nam teraz tyle gotówki, skoro ta cała sprawa z kartą kredytową to tylko usterka techniczna? Isabela wydała z siebie sfrustrowany dźwięk i podeszła do okna.
Wpatrując się w ciemność, przykucnąłem na chwilę, wstrzymując oddech. Patrzyła dokładnie tam, gdzie ja, ale jej wzrok był utkwiony w czymś dalekim. „Bo nie zamierzam czekać w tym zakurzonym miasteczku wakacyjnym, aż transakcja się sfinalizuje” – powiedziała cicho, niemal do siebie. „Co powiedziała?” – zapytał Javier. Odwróciła się do niego. „Powiedziałem, że potrzebuję pieniędzy na zaliczkę za penthouse”. Javier zamrugał. „Penthouse. Masz na myśli Huescę?” – zaśmiała się Isabela.
To był zimny, okrutny dźwięk. „Huesca. Boże, jaki ty masz ograniczony umysł. Nie, Javier, penthouse w Marbelli, przy plaży. Znalazłam go w internecie w zeszłym tygodniu. Widok na ocean, prywatna winda. Jest idealny”. „Marbella”. Javier wstał. „Ale my tu mieszkamy”. „Ranczo. Sprzedajemy ranczo, idioto”. „Myślałeś, że chcę tu mieszkać z tym obornikiem i ciszą” – warknęła. „Nienawidzę tego miejsca. Zawsze go nienawidziłam. Jak tylko przyjdzie ten czek z góry, wyjadę”.
„Wyjechał” – powtórzył Javier. „Jakbyśmy się przeprowadzali”. Spojrzała na niego. W jej wyrazie twarzy nie było śladu miłości. To była litość zmieszana z pogardą. „Jasne, kochanie, przeprowadzamy się”. Ale sposób, w jaki to powiedziała, przyprawił mnie o dreszcze. Nie planowała go ze sobą zabierać. Słyszałam to w jej głosie. Widziałam to w jej oczach. Tylko na tyle, żeby podpisać papiery. Potrzebowała go, żeby sprzedaż dobrze wyglądała, bo myślała, że jest spadkobiercą. Ale kiedy te pieniądze znajdą się na koncie, zabierze go i ucieknie.
Zamierzała zostawić go na lodzie, prawdopodobnie z całym długiem, który narobili. Javier znów usiadł, oszołomiony. „Dobra, Marbello, brzmi dobrze. Zadzwoń tylko do Roki” – rozkazała. „Weź gotówkę”. Muszę zabezpieczyć tę nieruchomość, zanim ktoś inny ją dostanie. Wyszła z pokoju, zostawiając mojego syna samego w biurze. Zakrył twarz dłońmi. Stałem tam długo, skulony na ziemi. Czułem głęboki smutek z powodu syna. Był głupcem.
Tak, był słaby, ale manipulował nim mistrz. Zamierzałem go oskubać i zostawić na pewną śmierć, ale wraz ze smutkiem pojawiła się nowa determinacja. Isabela nie była po prostu chciwa; ryzykowała ucieczkę, była zdesperowana, a zdesperowani ludzie popełniają błędy. Chciała jutro 100 dolarów w gotówce. Chciała przyspieszyć transakcję. Dobrze, pozwolę jej się spieszyć. Pozwoliłbym jej myśleć, że biegnie do mety w Marbelli. Nie wiedziała, że biegnie ku przepaści. Ostrożnie wycofałem się z domu.
Przeczołgałem się z powrotem przez wilgotną trawę pod płotem do mojej ciężarówki. Wracając ku gwiazdom, w mojej głowie kotłowało się jak szalone. Musiałem porozmawiać z Hernánem. Musieliśmy być gotowi. Jeśli Summit przywiezie jutro czek, to znaczy, że dokładają wszelkich starań, żeby wszystko było w porządku. Teraz będą sprawdzać tytuł własności, akty własności i za chwilę znajdą minę lądową o nazwisku Mateo Carter zakopaną w papierach.
Wszedłem do pokoju motelowego i nalałem sobie szklankę wody z kranu. Spojrzałem na siebie w pękniętym lustrze. „Chcesz tego, Marbello, Isabelo?” – wyszeptałem. „Wyślę cię gdzieś, gdzie będzie o wiele cieplej niż Marbella. Jutro pułapka się zamknie, a ja będę tam, żeby to zobaczyć”. Siedziałem na skraju nierównego materaca w pokoju numer dziewięć motelu Las Estrellas, popijając letnią kawę o smaku kwasu akumulatorowego. Była dopiero dziewiąta rano w czwartek.
Wydarzenia z poprzedniej nocy wciąż odtwarzały się w mojej głowie jak kiepski film. Dziesięcioosobowa kanapa, Celquil Uro, penthouse w Marbelli, plan zabrania pieniędzy i ucieczki. Miałem właśnie zadzwonić do Hernána, żeby powiedzieć mu o zaliczce, którą Isabela próbowała wyłudzić od Cumbre, gdy do moich drzwi rozległo się ostre, władcze pukanie. Zamarłem. Nikt nie wiedział, że tu jestem. Zapłaciłem gotówką.
Zaparkowałem ciężarówkę w części…