Kolacja, która nigdy nie była kolacją.
Ta restauracja należała do tych miejsc, w których luksus definiowany był przez cnotę moralną – z imponującym menu, stonowanym oświetleniem, które podkreślało twarze zamożnych gości, i cichą pewnością siebie, sugerującą, że każdy, kto siedział przy tych stolikach, w taki czy inny sposób zasłużył na swoje miejsce. Mój mąż, Michael, uwielbiał tę atmosferę, nie dlatego, że cenił samo jedzenie, ale dlatego, że dopracowana oprawa sprawiała, że wydawało się ono nieproporcjonalnie ważne w porównaniu z tym, jak naprawdę się czuło. Jego matka, Diane, kochała ją jeszcze bardziej, ponieważ postrzegała publiczne okazje jako sceny, na których można było potwierdzić status społeczny, nigdy nie przyznając, że to „ale”.
Od momentu, gdy usiedliśmy, wieczór był definiowany przez ich wybory, a nie moje, a jego rytm miał atmosferę przemyślanej ekspozycji. Pojawiły się przystawki, których nigdy nie zamawiałam, ułożone na talerzach jak trofea, a kiedy otworzyłam usta, żeby zapytać, czy doszło do nieporozumienia, Michael uśmiechnął się zbyt szybko i powiedział, że to nic takiego, bo jego matka zasługuje na coś wyjątkowego. Potem pojawiła się butelka; nie tylko była droga, ale wręcz ostentacyjnie droga – to był ten rodzaj butelki, którą kelner podaje ze szczególną czcią, jakby sama etykieta zasługiwała na oklaski.