Stałem na ganku skromnego, rzemieślniczego domu w spokojnej dzielnicy Houston. W powietrzu unosił się zapach jaśminu i świeżo skoszonej trawy.
„Mamo! Wujek Perry przyjechał!” zawołała Emma z ogrodu.
Wyjrzałem na zewnątrz i zobaczyłem Perry'ego wyjmującego z bagażnika nowy rower. Wyglądał na zdrowszego i szczuplejszego. Przyjeżdżał teraz raz w miesiącu. On i Emma budowali relację z popiołów swojego drzewa genealogicznego.
„Hej!” zawołałem. „Pizza już jedzie”.
Emma wbiegła po schodach, z rumieńcami na policzkach. „Mamo, list dotarł?”
„Rzeczywiście” – uśmiechnąłem się, podając jej kopertę.