Rozdział 1: Biały Pokój Poddania
Świat zawęził się do rytmicznego, mechanicznego pulsu kardiomonitora i gryzącego zapachu przemysłowego wybielacza. Sale szpitalne mają to do siebie, że pozbawiają człowieka tożsamości, redukując go do zestawu podstawowych funkcji życiowych i cienkiego papierowego fartucha. Leżałam tam, Emily Mercer, przywiązana do labiryntu plastikowych rurek i kroplówek, dochodząc do siebie po pooperacyjnym powikłaniu, które spowodowało odwodnienie i wydrążenie.
Świetlówki szumiały nade mną, rzucając chorobliwą, żółtawą bladość na wszystkich obecnych. Moja matka, Grace Brooks, była duchem samej siebie, jej palce kreśliły roztargnione okręgi na moim przedramieniu. Mój ojciec, Daniel Brooks, stał zakotwiczony przy ciężkich dębowych drzwiach. Był człowiekiem cichej geometrii – wykonawcą budowlanym z wiejskiego Ohio, który mierzył życie równymi liniami i integralnością konstrukcji. Nie odzywał się, ale jego obecność była ciężarem w pokoju, cichym strażnikiem chroniącym przed narastającym chłodem.