Rozdział 1: Wygnany Duch
Przeraźliwy chłód burzy był wtórnym urazem. Główny koszmar zaczął się od piekącego, gwałtownego rozdarcia skóry głowy, gdy idealnie wypielęgnowane akrylowe paznokcie Brendy wbiły się w korzenie moich włosów.
„Ty niezdarny, niewdzięczny bachorze!” – warknęła, a jej głos był toksycznym, jedwabistym szeptem, który zawsze zwiastował początek mojej męki.
Byłam Lily, czternastolatką, składającą się z zaledwie czternastu kilogramów niezgrabnych kończyn i nierozwiązanego żalu. Nie miałam absolutnie żadnej fizycznej siły nacisku na czystą, nieskalaną wściekłość mojej macochy.
Z gardłowym chrząknięciem szarpnęła mnie do tyłu. Moje bose stopy straciły przyczepność na mydlanym linoleum kuchni, kolana brutalnie uderzyły o twardą podłogę. Sapnęłam, ale jej uścisk nie rozluźnił się ani na milimetr. Zaczęła mnie ciągnąć, traktując moje włosy jak linę holowniczą, ciągnąc mnie po nieskazitelnej, wartej pół miliona dolarów przestrzeni naszego podmiejskiego salonu z otwartą przestrzenią.
„Brenda, proszę!” – szlochałam, rozpaczliwie drapiąc palcami jej nadgarstki, próbując uwolnić ją z jej żelaznego uścisku. „Przepraszam! Przysięgam, że to był wypadek!”
Była głucha na moje błagania. Kara nigdy nie dotyczyła potłuczonej porcelany, która obecnie zaśmiecała kuchenne płytki. Chodziło wyłącznie o ducha, do którego należała porcelana.
Połamane odłamki były resztkami zabytkowego talerza obiadowego Spode, obramowanego delikatnymi niebieskimi wierzbami. Był to jeden z trzech ostatnich ocalałych artefaktów, które moja biologiczna matka kupiła, zanim przerzutowy rak piersi wydrążył ją i ukradł nam pięć lat temu. Brenda gardziła każdym echem mojej matki. Nienawidziła oprawionych zdjęć, które mój ojciec trzymał w ukryciu w swoim gabinecie. Nie podobał jej się genetyczny fakt, że moje oczy były lustrzanym odbiciem kobiety, którą zastąpiła.
A przede wszystkim nienawidziła mnie.
Z ostatnim, dzikim westchnieniem Brenda rzuciła mną przez hol. Przewróciłem się na szorstkim wycieraczce, a szorstki, lodowaty beton ganku rozdarł mi kolana.
Zanim moje płuca zdążyły zaczerpnąć urywanego oddechu, ciężki, metaliczny stuk zasuwy rozbrzmiał echem niczym strzał z pistoletu.
Zerwałem się na równe nogi i odwróciłem. Mahoniowe drzwi były zamknięte na głucho.
Był środek listopada w Oak Creek w stanie Ohio. Gwałtowny spadek ciśnienia atmosferycznego obniżył popołudniową temperaturę do gryzących trzydziestu ośmiu stopni, rozpętując ulewę lodowatego, poziomego deszczu. Miałem na sobie jedynie znoszony, za duży bawełniany T-shirt i cienkie szorty piżamowe. Brakowało mi nawet podstawowej ochrony w postaci skarpetek.
W ciągu dziesięciu sekund mroźna ulewa przesiąkła przez moje cienkie ubranie, przyklejając mokry materiał do mojej drżącej skóry. Wiatr świszczał w wypielęgnowanych drzewach, wdzierając się prosto do mojego szpiku kości.
„Brenda! Proszę, wpuść mnie!” wrzasnęłam, uderzając zmarzniętymi dłońmi w grube, matowe szyby w bocznych szybach. „Lodowo! Przepraszam!”
Przez zniekształcone szkło jej sylwetka pozostawała idealnie nieruchoma w ciepłym blasku holu. Wzięła leniwy, odmierzony łyk z kieliszka Pinot Noir. Jej postawa była ospała. Aktywnie się tym rozkoszowała. Egzorcyzmowała pamięć mojej matki, torturując jedyny żywy organizm, który ją jeszcze nosił.
Rozejrzałam się, rozglądając po zazwyczaj tętniącej życiem ślepej uliczce. Gwałtowna burza zepchnęła zamożną dzielnicę do środka. Wszystkich oprócz pani Gable.