Rozdział 1: Rozstanie
Nazywam się Ava Holloway. Mam trzydzieści cztery lata, a całe moje życie obróciło się wokół własnej osi dokładnie o 18:12 w ponury czwartek. Stałam w podziemnym korytarzu obsługi Centrum Medycznego św. Judy. Nadal miałam na sobie służbową odznakę i dopasowaną granatową marynarkę, która pachniała lekko antyseptykiem i gorzkimi, przypalonymi fusami kawy z kawiarni. Mój kciuk zawisł nad ekranem telefonu, naciskając przycisk odtwarzania poczty głosowej, która według wszelkich konwencjonalnych kryteriów ludzkiej przyzwoitości powinna była roztrzaskać mnie na tysiąc nieodwracalnych kawałków. Zamiast tego, gdy dźwięk trzeszczał z maleńkiego głośnika telefonu, mój umysł zalała głęboka i zdumiewająca klarowność.
Głos należał do mojej matki, Patricii Holloway. Był pozbawiony ciepła, wypolerowany do śmiercionośnego blasku i całkowicie opanowany. To był dokładny, wymierzony rytm, którego używała, gdy chciała zademonstrować absolutną prawość przed pomieszczeniem pełnym bogatych, nieznajomych.