— Już idziemy!
— Nie trzeba. Nie zostawiajcie dzieci samych. Jestem tutaj.
Noc ciągnęła się jak wieczność. Anton pił kawę, spacerował, dzwonił.
— Jej stan jest stabilny. Tylko poczekaj.
Nad ranem wyszedł siwiejący lekarz.
— Możesz wejść na chwilę. Pięć minut.
Intensywna terapia. Aparaty piszczą, kable, rurki. Masza — blada, pod respiratorem, w śpiączce.
— Masza… Maszeńka…
Jej oczy drżały. Otworzyła. Próbowała się uśmiechnąć. Nie mogła. Łza popłynęła.
— Jestem tutaj. Wyzdrowiejesz. Obiecuję.
Ścisnęła jego palce — słabo, ale ścisnęła.
— Czas minął.
— Jeszcze minuta!
— To niemożliwe.
Po trzech dniach — cud. Masza oddycha samodzielnie. Nie ma rurki. — Anton… — wyszeptała.
— Kochanie! Żyjesz!
— Źle się dzieje… Ale ja żyję…
— To najważniejsze.
— Dzieci?
— Czekają na ciebie. Mówią, że mama niedługo wróci.
— Tak się bałam… Myślałam, że to już koniec…
— Nie myśl tak. Dasz sobie radę.
— Wybacz mi… że nie poszłam do lekarza…
— Ja też jestem winna. Oboje.
— Gdybyśmy poszli od razu… może tabletki…
— Teraz to już nie ma znaczenia. Ważne, żebyś się wyleczyła.
Po dwóch tygodniach wypisano ją ze szpitala. Anton stał gotowy z kwiatami.
— Do domu… — wyszeptała.
— Do domu — dzieci. Katia wisiała jej na szyi. Serjozja szeroko się uśmiechnął.
— Mamo! Wróciłaś!
— Teraz na zawsze.
Wieczorem, kiedy dzieci spały, siadali razem w kuchni. — Koniec z samoleczeniem — powiedział Anton.
— Obiecał. Strach przed lekarzami to głupota. Powinieneś bać się choroby.
— Przy pierwszych objawach — idź do lekarza.
— Natychmiast.
— Wyjdziesz z tego. Jesteś silny.
— Będę żył. Dla ciebie. Długo. Szczęśliwie.
Za oknem była wiosna. Ptaki śpiewały. Świeciło słońce. Biło serce.
A co najważniejsze — biło.