Kilka dni temu przez wieś przetoczyła się fala niepokojów. Grupa młodych żołnierzy, w tym syn Anny, Aleksiej, wyruszyła na zwiad do lasu, ale nigdy nie wróciła. Jeden z oficerów twierdził, że widział chłopców wchodzących do gęstego lasu, ale wydawało się, że las ich pochłonął. Ekipy poszukiwawcze przeczesywały teren dzień po dniu, ale wszelkie próby pozostały bezowocne.
Trzeciego dnia wojsko oficjalnie uznało żołnierzy za zaginionych, a dwa dni później uznano ich za zmarłych. Rodzice otrzymali oficjalne dokumenty. Annie wręczono flagę złożoną w trójkąt i poinformowano, że jej syna nie odnaleziono, ale biorąc pod uwagę okoliczności, jest mało prawdopodobne, aby ktokolwiek przeżył.
Matce powiedziano, że jej syn już nie żyje, ale kilka dni później odebrała telefon z nieznanego numeru.
Następnego dnia w wiosce odbył się pogrzeb. Niewielki kondukt żałobny, bicie dzwonów, pusta trumna przykryta flagą narodową. Anna stała przed grobem, z rękami splecionymi na chustce na głowie, jakby to była ostatnia cząstka jej syna. Wciąż nie mogła w to uwierzyć, ale nadzieja w jej sercu już prawie zgasła.
Próbowała pogodzić się z rzeczywistością.
Wtedy, dwa dni później, gdy na zewnątrz było już ciemno, a w domu zapadła cisza, nagle zadzwonił telefon. Nieznany numer. Serce zabiło jej mocniej – takie wiadomości zazwyczaj oznaczają złe wieści.
— Halo? — wyszeptała, ledwo oddychając.
Po drugiej stronie linii rozległ się ochrypły głos: