Kilka dni później do pokoju wszedł lekarz w białym fartuchu. Nagle się zatrzymał i wpatrywał.
To był Andriej.
Ojciec natychmiast go rozpoznał. Zaczął płakać. Próbował mówić, ale usta odmawiały mu posłuszeństwa.
Andriej podszedł. Spokojny. Zimny.
„Nie martw się” – powiedział. „Będę cię traktował. Tak, jak powinieneś. Bo nie jestem taki jak ty”.
Wyszedł z pokoju, nie oglądając się za siebie.
Ojciec przeżył.
Ale został sam.
Bez odwiedzin.
Bez przebaczenia.
Bez dzieci.
Czasami los nie uderza szybko.