Prolog do mojego niespodziewanego macierzyństwa został napisany na cmentarzu piętnaście lat temu. Mój starszy brat, Edwin, stał sztywno przy świeżo rozkopanej ziemi na grobie żony. Niebo było posiniaczone, nieubłaganie szare, odbijając pustą rozpacz w jego oczach. Pamiętam, jak patrzyłem na niego wpatrującego się w wypolerowane drewno trumny, jego postawa przypominała krzyk człowieka wydrążonego w nagłej tragedii. A potem, zanim opadły ostatnie grudki ziemi, zanim współczujące pomruki zgromadzonych ucichły w wilgotnym powietrzu, po prostu zniknął.
Nie było łzawego pożegnania. Nie było rozpaczliwego błagania o pomoc. Wyparował jak mgła z porannego jeziora.
Bez ani jednej sylaby wyjaśnienia, zostawił trzy małe dziewczynki praktycznie osieroconymi po nagłej śmierci ich matki w tragicznym wypadku samochodowym. Już następnego wieczoru zadzwonił dzwonek do drzwi mojego cichego podmiejskiego domu. Otworzyłam je i zobaczyłam zmęczoną pracownicę socjalną stojącą na ganku, otoczoną przez trójkę przerażonych dzieci i jedną, przeładowaną walizkę w kwiaty.
Kiedy przekroczyli mój próg, mieli trzy, pięć i osiem lat.
Nigdy nie zapomnę duszącej konsystencji ciszy, która spowiła mój dom tamtej pierwszej nocy. To nie była spokojna cisza; to była ciężka, dusząca masa, która niczym kowadło spoczywała na mojej piersi. Ścieliłam dodatkowe łóżka, poruszając się jak lunatyczka.