Jazda do domu przypominała niekończący się odcinek niedowierzania. Zaciskałam palce na kierownicy, Lily nerwowo mi się przyglądała. Każde czerwone światło, każdy zakręt, każdy oddech wydawały się odliczaniem do objawienia, na które nie byłam przygotowana.
W domu położyłam torbę na stole i ponownie obejrzałam nagranie. Każda klatka wbijała się coraz głębiej. Mark nie tylko się obudził – zachowywał się jak ktoś, kto nie spał od dni, tygodni. A sposób, w jaki Rebecca pochylała się ku niemu… zacisnęłam szczękę.
Musiałam zrozumieć. Potrzebowałam faktów, a nie domysłów.
Najpierw zadzwoniłam do administracji szpitala i porozmawiałam z przełożoną Helen Ford. Nie wspomniałam o nagraniu – jeszcze nie. Zamiast tego, mimochodem zapytałam o codzienne badania Marka, jego reakcje na bodźce, o wszystko, co mogłoby wskazywać na przytomność. Wahanie Helen powiedziało mi więcej niż jej słowa.
„Cóż… Siostra Hayes przesyła wszystkie akta Marka. Jest bardzo dokładna. Ufamy jej odczytom”.
Zbyt drobiazgowo.
Rozłączyłam się i siedziałam jak sparaliżowana przy kuchennym stole. Jeśli Rebecca sprawdzała całą dokumentację, to kontrolowała przebieg wydarzeń. A to oznaczało, że ona i Mark mogli ukryć wszystko – nawet jego świadomość.
Następnego ranka poszłam do prawnika – Daniela Cruza, który reprezentował nas lata temu w sprawie nieruchomości. Kiedy pokazałam mu nagranie Lily, jego twarz pociemniała.
„To poważna sprawa” – powiedział. „Udawanie śpiączki to oszustwo w służbie zdrowia. A jeśli w grę wchodzą roszczenia ubezpieczeniowe, to przestępstwo”.
Ubezpieczenia.
Zaparło mi dech w piersiach. Miesiąc wcześniej Mark nalegał, żebyśmy zaktualizowali nasze ubezpieczenie na życie i ubezpieczenie od niezdolności do pracy „na wszelki wypadek”. Podpisałam bez namysłu; byliśmy małżeństwem od dwunastu lat.
Daniel zapytał: „Czy złożono już jakieś roszczenie?”
„Nie… wiem”.
„Dowiedz się natychmiast”.